::> Menu
  • Strona główna
  • Zdjęcia
  • Historia
  • Pamiątki
  • Pocztówki
  • Wspomnienia
  • Kroniki
  • Rejestr
  • Cmentarz
  • Litografie
  • Marian Kopf
  • FODZ
  • Listy
  • O stronie
  • Kontakt
    ::> News
  • Szkolenie Wojewódzkie Lubelska jesziwa
  • Ogólnopolska prezentacja Synagoga Nożyków w Warszawie
  • Wizyta Rabina (15 Listopad 2006)
    ::> Konkursy
  • Konkurs 2005/2006
  • Konkurs 2006/2007
    ::> Warto zajrzeć
  • Nasze gimnazjum
  • Lubaczow
  • Fodz.pl
  • Centrum Windows
  • ::> Kronika Parafii Rzymsko-Katolickiej w Lubaczowie 1914-1925

    Wstęp | Część pierwsza | Część druga | Część trzecia | Część czwarta |
    Część piąta | Część szósta | Część siódma |

    WSTĘP



         Na łamach miesięcznika "Teraz" w latach 1998-1999 opublikowano fragment Kroniki Parafii Rzym.-Kat. p.w. św. Stanisława w Lubaczowie (spisywanej od 1875 r. po dzień dzisiejszy), zawarty w zeszycie "Parafia lubaczowska w wojnie" /1939-1945/, autorstwa ks. Mariana Florkowa, Wiktora Płonczyńskiego i Wiktora Haasa1. Obecnie Redakcja pragnie udostępnić Czytelnikom relacje kronikarskie obejmujące lata 1914-1925, spisane w innym zeszycie przez dwóch autorów: ks. wikarego Michała Kaspruka2 i ks. proboszcza Stanisława Sobczyńskiego3.
         Ks. Michał Kaspruk zatytułował swoje zapiski: "Lubaczów w czasie wielkiej wojny światowej od jej początku po dzień 22/8 1916r." Kronika ta została spisana dwa lata po wyjeździe autora z Lubaczowa w marcu 1918r. w Neutitschein na Morawach4. Druga część relacji to: "Ciąg dalszy wydarzeń ważniejszych, jakie Lubaczów przechodził w latach wojny światowej od 1916-1918, po wojnie światowej od 1918-1925, spisany przez ks. Stanisława Sobczyńskiego ówczesnego proboszcza". Rękopiśmienne zapiski zawierają niezwykle cenne informacje nie tylko o dziejach parafii św. Stanisława w Lubaczowie, ale także o życiu społeczności miasta i całego regionu lubaczowskiego w przełomowym momencie dziejowym - na początku minionego wieku XX. Kończyła się wówczas epoka galicyjska, po której rozpoczęła budowę swej niepodległości wolna Polska. Kronika, celem przybliżenia realiów i atmosfery epoki, publikowana będzie z zachowaniem oryginalnej pisowni i stylu autorów. Przeprowadzone zostaną jedynie niezbędne poprawki interpunkcyjne.



    LUBACZÓW W CZASIE WIELKIEJ WOJNY (CZ. 1)
    ROK 1914


         Zawiązkiem wojny światowej było rozpoczęcie kroków nieprzyjacielskich przez Austro-Węgry przeciw Serbii, jako odwet za mord w Sarajewie na osobach pary Arcyksiążęcej, ale w kilka już dni potem nastąpiły dalsze komplikacje tak, że z początkiem sierpnia 1914 r. przeszły wojska Austro-Węgierskie granicę rosyjską, a po krwawych walkach dotarły aż po Lublin.
         W związku ścisłym z pierwszymi tygodniami wojny austro-rosyjskiej było miasteczko Lubaczów i jego mieszkańcy. Zaraz po ogłoszeniu ogólnej mobilizacji, zjechał do Lubaczowa marszałek polny Ekscelencja Widmann ze swoim sztabem dywizyjnym i stanął kwaterą w koszarach wojskowych przy ul. Młodowskiej5. Zjechało też moc wojska: Czechów - Węgrów - Wiedeńczyków, służących przy tzw. pułku "Deutchmeistrów"6 i innych.
         Miasteczko ożywiło się bardzo, po ulicach kręcili się żołnierze w dobrych humorach, boć gasili za często pragnienie piwem i innymi alkoholami. Wszędzie tworzyły się kupki. Mieszkańcy Lubaczowa rozprawiali gorąco z żołnierzami czeskimi, którzy w cale nie kryli się ze swymi sympatiami rosyjskiemi, a nie jeden z nich w stanie podchmielonym krzyczał "na zdar" moskalom. Za to Deutchmeistrzy pałali nienawiścią. Pragnęli jak najprędzej zetknąć się z moskalami. Podrwiwali sobie z armii rosyjskiej. Mówili: "ven wir die find, das Vaterland ist gezeltet"7 i tym podobnie. Po landelkach8 schodzili się domorośli dyplomaci lubaczowscy. Rozprawiali uczono o tem co będzie, przy kieliszku lub kufelku. Wyznaczali nowe granice Europie. Rosjan już wówczas wykreślali z karty Europy. Opowiadali, niby z pewnych ust słyszane, że moskale już uciekli z Warszawy, że Petersburg się pali, car zamordowany i tym podobne brednie. Im kto barwniej opowiadał, więcej koloryzował, ten więcej miał słuchaczy. Informowano się oficerów, jak długo wojna potrwa. Rozmaici rozmaicie twierdzili, ale wszyscy zgadzali się w tem, że najrychlej na Boże Narodzenie 1914 r. będzie już pokój.
         Kiedy dyplomatom lubaczowskim czas dość przyjemnie schodził, ludność miejscowa znosiła krzyż pański z powodu kwaterunków wojska, które nie tylko zajęło domy, ale nawet stodoły, stajnie etc. To szczęście nie ominęło też i probostwa, gdzie z dnia na dzień kwaterowali oficerowie, a nawet siostry ze swoimi kapelanami, ale prawdziwe siostry zakonne, nie te tak tzw. miłosierne z czerwonego krzyża. Tak pocieszny widok przedstawiało probostwo, bo te siostry szwabskie z braku innego zajęcia zaczęły prać bieliznę swoją w najrozmaitszej postaci swojej i temi kawałkami z rękawami, a nawet nogawicami (sic) obwiesiły wjazd z jednej i drugiej strony. Tego widoku nie zapomnę nigdy. Można sobie wyobrazić co za krzyk wyprawiały te poczciwe szwabki na tem zwykle spokojnem probostwie. To doprawdy było nie do wytrzymania, ale cóż było zrobić. Wojna, a one przecież z miłosierdzia opuściły swoje strony rodzinne i szły na wschód, by nieść pomoc rannym i chorym bohaterom.
         Kiedy tak na probostwie gospodarowali rozmaici oni i one, to nie lepiej działo się w stodołach i stajniach, gdzie znowu wprowadzili swoje konie Madziarzy, niszcząc zboże, którem nie tylko karmili konie, ale ścielili. Nie mogąc się na to patrzyć, udałem się do pułkownika, który mieszkał w zamku9. Opowiedziałem mu o wszystkiem i prosiłem, by coś zarządził. Obiecał, ma się rozumieć, wysłać w tej sprawie rotmistrza, by sprawę na miejscu zbadał i ewentualnie zapłacił za wyrządzone szkody, ale na tem się skończyło. Wyjechali i szkody nie wyrównali.
         Mimo optymistycznych nadziei, że wszystko będzie dobrze, że z Rosją wnet skończymy, zdenerwowanie śród ludności było znaczne i nic dziwnego, bo nikt z nas dotychczas nie przeżywał wypadków wojennych tak bezpośrednio, jak na to obecnie się zanosiło. Mimo dobrych min, pamiętam jak to strach obleciał też nas wszystkich. Oto jednego dnia odezwały się trąbki wojskowe na alarm. Patrzymy, a tu w największym galopie jadą armaty, piechota na wozach. Pytamy się co jest? Odpowiadają oficerowie, ze Moskale są już koło Cieszanowa. Na tę wiadomość wszystko struchlało. Pamiętam, biegnę na probostwo i komunikuję ks. Proboszczowi. I co robimy obaj? Oto na gwałt zbieramy książki metrykalne, pakujemy do paki i zanosimy, nie pamiętam już gdzie, czy do piwnicy czy do kościoła. Uporawszy się z tem, nasłuchujemy, czy nie odezwą się strzały, ale nic nie słychać. Po jakimś zaś czasie posłyszymy, wracają nasi wystraszeni bohaterowie, a więc artylerja, kawalerja, a i nasze biedne "infanterysty"10, z radością na twarzach. Choć przed dwoma godzinami jechali na wodzach obok kościoła, każdy z nich żegnał się Krzyżem św. jako dobry chrześcijanin i wołał do nas stojących "bądźcie zdrowi". Pokazało się potem, że Moskalom ani się śniło w tem dniu o Cieszanowie, tylko dywizjoner chciał zrobić przegląd wojsk sobie podwładnych. Takie alarmy powtarzały się jeszcze dwa razy, ale za drugim razem, jak wyjechali tak już więcej nie wrócili.

    Teraz. Lubaczów i okolice. Miesięcznik Katolicko*Społeczno*Kulturalny, Nr 43, wrzesień 2001.



    KRONIKA PARAFII RZYMSKO-KATOLICKIEJ P.W. ŚW. STANISŁAWA W  LUBACZOWIE 1914-1925 r.  (CZ.2)


         W kilka dni po wyjeździe Dywizji przyszli do Lubaczowa pierwsi ranni, i to Deutschmeistrzy. Wszystko wystraszone. Opowiadali niestworzone rzeczy o pierwszej bitwie, a co drugie słowo wplatali swoje "Jeżisz Maria". A było to tak jak mi jeden z lubaczowskich forszpanów11 opowiadał. Kiedy dywizja wyjechała z Lubaczowa, Deutschmeistrzy wysforowali się o jakieś dwie godziny przed artylerię. Zdawało im się, że jak tylko moskale ich zobaczą, to uciekną. Okazało się jednak, co innego. Moskale nie tylko nie uciekli, ale wciągnąwszy Austriaków w jakichś lasach w zasadzkę, dali im taką lekcję, że wielu z nich kochanego swojego Wiednia więcej już nie zobaczy, wielu pogruchotali pulchne członki, a reszta jak nie pyszna musiała się cofnąć i czekać na artylerię. W tej też potyczce padł pułkownik Deutschmeistrów, niejaki baron Holzhausen, któregom pogrzebał na starym cmentarzu w Lubaczowie. Przykry to był pogrzeb. Po pierwsze była to pierwsza ofiara wojny w Lubaczowie, a po wtóre deprymujące wrażenie wywierali oficerowie i żołnierze ranni, biorący udział w pogrzebie swojego pułkownika. Później przyzwyczailiśmy się do tych pogrzebów, których było coraz to więcej. Zwłaszcza, że wielu ginęło na czerwonkę. Epidemia czerwonki szalenie prędko się rozszerzyła tak, że w samym Lubaczowie leżało paręset chorych żołnierzy, jedni w zamku, inni w spichlerzu, inni w stajniach Hr. Gołuchowskiego na Ostrowcu, dziś już nieistniejących, a wielu także w szpitalu krajowym12 na Piasku13. Pielęgnowaniem zajęły się panie lubaczowskie, cała rodzina pstwa Szopińskich, pani notariuszowa Angielczykowska i inne. Też epidemia dała się i nam księżom we znaki, nie żeby, który z nas miał być nią dotknięty, tylko mieliśmy wiele spowiedzi i to w okropnych warunkach higienicznych. Żołnierze leżeli na podłodze jeden przy drugim, w izbach fetor i powietrze nie do zniesienia, a myśmy musieli po kilkunastu nieraz naraz spowiadać. Były wypadki, że i w czasie spowiedzi chwytały bóle niejednego. Musiało się przerwać, a on tymczasem siadał na naczyńko z uszkiem, przykre to było, ale cóż było na to poradzić. Nieraz człowiekowi niedobrze się robiło, ale trzeba było westchnąć do Boga o cierpliwość i robić dalej swoje. Czerwonka wiele ofiar zabrała, sam dwa razy grzebałem po osiem trumien na raz - co też dwaj inni księża mieli. Zaznaczyć w tym miejscu muszę, że tylko żołnierze chorowali, ludność cywilna, chwała Najwyższemu, trzymała się dobrze. I kiedy nam dnie upływały na pracy znojnej, wypadki wojenne postępowały swoim trybem. Pamiętam, jakie to zbiegowisko było, kiedy patrole przyprowadziły pierwszych 5 jeńców rosyjskich, czterech infanterystów, a jeden kozak. Jeńców tych osadzono w aresztach sądowych. Ludność cywilna, a i żołnierze szli tłumnie oglądać ich. I nic dziwnego, bo kto z nas do czasu wojny widział kiedy żołnierza rosyjskiego, chyba na scenie. Jeńcom tym nieźle się wiodło w Lubaczowie, bo żołnierze dawali im pić i palić, co sobie moskale bardzo chwalili, a zwłaszcza kozak, chłop tęgi, o czerwonych lampasach, niby generał jaki. Ten wciąż chodził po podwórzu aresztanckim, palił papierosa, klepał swoich pobratymców infanteryjkich po ramionach i mówił "to moi rebiata"14. Ale za tymi 5. w niedługim czasie przybyło kilkaset szaraków. Ludzie oswoili się z tym widokiem. Wypytywali jeńców o wypadkach wojennych, częstowali niektórzy i zdawało się, że wojna nie jest dla nas już nowością. Boć, co prawda, człowiek ze wszystkim potrafi się zżyć. Z terenów wojennych tymczasem nadchodziły wiadomości pomyślne, aż naraz uderzyły nas następujące komunikaty wojenne. Nie pamiętam, którego to dnia było, doniosły dzienniki o wielkiem zwycięstwie pod Kraśnikiem. Coś dwa dni później pisały te same dzienniki o drugiem zwycięstwie pod Kraśnikiem. Coś to zaczęło być podejrzanem, aż pewnego pięknego poranka, a było to 8. lub 9. września, patrzymy, a tu treny15 od Tomaszowa jadą na Jarosław.
         9. jadą, 10. jadą i to nie tylko treny, ale armaty, a co gorsza przody tylko od armat. Oj, coś niedobrze jest, a tu od nikogo nie można się dowiedzieć, co to ma znaczyć. Idę na na dworzec i zdybuję tam komendanta dworca, porucznika od ułanów, obywatela przemyskiego, niejakiego p. Wołkowickiego. Pytam go, panie poruczniku, co jest, coś mi to wszystko jest podejrzane? A on mnie uspokaja i mówi: "Jak długo ja jeszcze jestem wszystko dobrze". Ale nie uspokoiłem się jego argumentami. Idę na górę do naczelnika stacji p. Wróbla. Panie naczelniku, pytam, co będzie? "E, co to ksiądz mówi! "Czytał ksiądz dzisiejsze gazety? "-pyta mnie. "Przecież zwyciężamy!" Pomyślałem sobie, mów Ty sobie zdrów, a ja mam swój rozum i wprawdziem nie strategik, ale domyślam się, że niedobrze się dzieje. Siedzieliśmy do herbaty, pokazało się i wino nienajgorsze na stole. I tak gadu-gadu, pytam ja naczelnika stacji, co by się w najgorszym wypadku stało, choć niby zwycięsko szli Austriacy naprzód, z magazynami wojskowymi, które obliczano na 3 miliony koron? "A co"- powiada. "Podpali się i koniec!". A więc, pogadaliśmy jeszcze gdzie o czem i poszedłem spać.
         11/9 1914. wychodzę ja po śniadaniu na miasto.A tu widzę, coś niektórzy panowie śpieszą się prędko, któryś z nich jedzie na furze. Dowiaduję się, że urzędowo zarządzono ewakuację miasta. Aha, więc jestem w domu. Wiem co to znaczy. Spotkałem drugiego wikarego z cygarusem w zębach /ks. Rudolf Kmieciński/.16 On zdenerwowany pyta mnie:"Co zrobimy"? Idziemy razem na probostwo.Spotykamy na cmentarzu kościelnym naszego Proboszcza i opowiadamy, że miasto ewakuuje się. Na to słyszymy te słowa:"Księdza Rudolfa zwalniam, może jechać. Ksiądz Michał /Kaspruk/ ze mną zostaje - ja jestem w sumieniu spokojny, co będzie, parafii nie opuszczę". Przyznam się otwarcie, że usłyszawszy to, byłem zły. Boć, skądże jeden wikary ma być uprzywilejowany, a ja mam czekać na niepewny los.
         Z tego wszystkiego nic nie mówiąc, wróciłem do miasta. Patrzę, a Żydzi całą procesją z czem kto mógł uciekają z miasta. Nie brakło i komicznych wypadków. Oto patrzę i widzę prof. gimnazjum p. Majewskiego17, jak wziąwszy lagę do ręki, koc na ramię - cały swój dobytek i z jakąś panną uchodzi z miasta. Idę na rynek. Spotykam odświętnie ubranych dwóch panów sędziego Elektorowicza i kontrolera podatkowego Oliwę.18 Zatrzymuję ich i pytam, co zamierzają robić? Odpowiadają mi, że oni urzędowo muszą wyjechać. A nie spytał żaden, co ja zrobię, choć z tymi panami bardzo blisko żyłem. Tak to bywa z przyjaźnią w krytycznych chwilach.
         Co za rwetes, jaki pośpiech był wtedy w Lubaczowie, to trudno opisać. Wszystko leciało na łeb, na szyję: wozy, konie, żołnierze, ranni ze szpitala, ludność cywilna. Wszystko to kotłowało się w wąskiej drożynie obok kościoła. Treny, jadąc z mąką i innymi prowiantami, żeby sobie ulżyć, zrzucały po drodze, co jakiś czas, prowianty do rowów i pędziły naprzód. Około południa miasto prawie się wyludniło.
         Jak bali się oficerowie Moskali to świadczy fakt następujący: W czasie obiadu znalazł się przy stole razem z nami rotmistrz jakiś, który autem przyjechał rano. Jemy ten obiad, aż tu ktoś daje znać, że Moskale są pod Dachnowem, co zaraz komunikujemy owemu oficerowi. Ten pyta: "Wie weit ist Dachnów?" "Funf klm."19 - odpowiadamy. Ten na te słowa rzuca łyżkę, zrywa się i z ks. Kmiecińskim zmyka swem autem w kierunku Radymna.
         Kiedy obiad sie skończył, poszedłem na kolej i byłem świadkiem odjazdu ostatniego pociągu, który Moskale ostrzeliwali już od Futor. Urzędnicy wszyscy wyjechali. Mieszczanie prawie wszyscy opuścili miasto - jednem słowem pustki. Wracam ja z dworca, zdybuję po drodze naszych "Landsturmistów".20 Opowiadają mi, że jeden z nich padł pod Dachnowem od kuli kozackiej. ... ? Karol z Lisich Jam.Usłyszawszy to idę na probostwo, przechodząc pod kościołem słyszę przeraźliwy huk. Aha, a więc Moskale zaczynają ostrzeliwać z armat miasteczko. Lecę na plebanię i wołam, by wszyscy chowali się do piwnicy obok probostwa. Przybiegam tam, a tu już miejsca nie ma, gdyż kochani sąsiedzi pospieszyli się prędzej i zajęli w posiadanie proboszczowską piwnice. Z ciężką biedą przykucnęliśmy na schodach, prowadzących do tej piwnicy.
         A armaty tymczasem walą. Strzał po strzale leci ponad plebanię w stronę zamku. Strzelali tak przez dwie godziny, całkiem bez potrzeby, bo w mieście nie było ani jednego żołnierza austriackiego. Po pierwszym strzelaniu Lubaczów poniósł szkodę dość znaczną, bo tzw. Piaski spłonęły do szczętu od kul. Jedna kula wybiła kolosalny otwór na strychu w szpitalu krajowym, poza tem innej szkody nie wyrządziła. Przestali strzelać - wyszliśmy z piwnicy, a kiedy się ściemniło wyszedłem z chłopakiem z probostwa i z bliskim sąsiadem p. Kłosem na rynek.
         Idziemy od kościoła na rynek, spotykamy Żyda starego jak świat, przybranego odświętnie z książką pod pachą. Pytamy go skąd idzie? Odpowiada - z bożnicy, a był to wieczór piątkowy. Stary Żyd chodził do synagogi polecić się Bogu. Doprawdy, co za piękny przykład, kiedy inni uciekli z miasta przed Moskalami ze strachu, starozakonny poleca się Bogu, boć wierzy, że bez woli Bożej i włos z głowy mu nie spadnie. Kiedym jeszcze o coś zapytał, otrzymałem odpowiedź:"Niech się pan ksiądz nie boi, wojny tu nie będzie" - i poszedł wolnym krokiem na Młodowską ulice, a myśmy poszli dalej. Przeszliśmy rynek, nie spotykając już nikogo. Wokoło pustka. Cisza i ciemno. Poszliśmy na ulicę Dachnowską. Po drodze spotkaliśmy jednego gospodarza. Dalej nieco od niego uszedłszy, widzę w ciemności jakichś ludzi, zbliżających się ku nam. Strach mnie obleciał. Sądziłem, że to Moskale. Mówię do swoich towarzyszy - uciekajmy! Na to ...? Kłos:"Teraz uciekać niepodobna, bo będą strzelać". Nie było już innego wyjścia. Czekamy. Zbliżyli się. I co się pokazuje? To Bośniacy, którzy w lasku obok szpitala byli się okopali, nocą uciekają przed Moskalami. Zapytali o drogę na Oleszyce i poszli.
         Potem już dalej nie chciałem iść, ale wróciliśmy do miasta. Noc przespaliśmy spokojnie. Rano 12/9 gdzieś około godziny 5. słyszę jakiś tupot na probostwie. Zrywam się, patrzę przez okno, a to biegną p. Szopiński21 i jeden oficer austriacki. Jak mi później opowiadali, wybrali się rano wozem na dworzec, by nabrać prowiantów dla szpitali, które zostały, ale dojechali tylko do rynku. Tu spostrzegli kozaka na koniu i przed nim ze strachu trzmychnęli.

    Teraz. Lubaczów i okolice. Miesięcznik Katolicko*Społeczno*Kulturalny, Nr 44, październik 2001.



    Ks. Michał Kaspruk - Lubaczów w czasie wielkiej wojny ... (CZ.3)


         Zbudzony ubrałem się prędko i wybiegłem na cmentarz kościelny. Zaglądam ostrożnie i widzę jak kula pędzącego na koniu kozaka. Przeleciał przez rynek i popędził na ulicę Zamkową. Za nim jedzie drugi, trzeci, pokazuje się i piechota. Rynek zaczął się zapełniać. Po chwili zaczęli się dobierać do sklepów. Podważają drzwi żelazne, zdawałoby się nie dadzą rady, ale gdzie tam, jak przyczepili się we dwóch, tak i drzwi otworzyły się i to jedne po drugich. W kilka minut zapełniły się sklepy, z których zaczęli wynosić najrozmaitsze rzeczy.
         Odprawiłem zaraz mszę świętą przed Matką Bożą, polecając się jej opiece na każdy wypadek.
         Około godziny 7 rano wjechało kilka tysięcy kozactwa do miasteczka22. Widok to był straszny, a następstwa ich pobytu były katastrofalne dla mieszkańców Lubaczowa, bo nie tylko, że wszystkie sklepy w rynku porozbijali i zrabowali je do szczętu, ale około godz. 11 przed południem dnia 12/9 914 miasto podpalili. Pożar wybuchł w narożnej kamienicy, jak skręca się z rynku do Młodowa. W wielkim strachu byliśmy o kościół, ale Bóg chronił mimo bliskości. Stałem, pamiętam przy bramie kościelnej, z kilkorgiem parafian, kiedy nadjechał jakiś oficer na koniu, a wywijając nahajką, zaczął krzyczeć do nas: "Kto podpalił". Cóż, czyż mieliśmy powiedieć, że mużyki23, żeby w ten sposób oberwać parę nahajek. Powiedziałem nie wiem, a on jak szalony popędził dalej. Żołdactwo tymczasem hulało, popijając znalezioną wódkę.
         Pamiętam, stoję na dziedzińcu plebańskim, aż tu wjeżdżają na probostwo dwaj kozacy i dużo się nie namyślając, złażą z koni. Puszczają te na proboszczowską kapustę, by się pasły, a sami usiadłszy obok studni, zaczęli zaciągać nowe buty, które zrabowali. Zbliżam ja się do nich i mówię, że ładne buty. "A charoszi, charoszi"24, odpowiadają. Buty nowe naciągnęli, a stare, dość dobre jeszcze, podarowali kośćielnemu Janczurze Mikołajowi. Następnie pyta mnie jeden z nich, "a daleko w Jarosław". 40 km, odpowiadam mu. Nie przestraszył się jednak tej liczby, ale mi mówi: "Zajdim, zajdim"25. Wsiedli na swoje szkapy i odjechali.
         Zaledwie ci odjechali patrzę, pędzi jakiś kozaczysko na probostwo, niosąc przed sobą pół worka czegoś, ale kiedy zobaczył oficera, rzuca to pod plebanią i czeka, aż oficer zniknie. Ażeby się nie znudzić długim czekaniem, otworzył worek i zaczął wyjmować sól łopkową. Było jej kilkanaście sztuk. I mówi "sachar", ale licho go rozumiał, co to jest "sachar". Więc, pokazuję mu palcem na język, by skosztował. Posłuchał, a skutek był, że rozsierdził się i wszystkie łopki rozdał, stojącym obok ludziom. Jak później się dowiedziałem, "sachar" znaczy cukier, więc kozaczysko był uradowany, że udało mu się tyle cukru zrabować, bo tego wszyscy potrzebują, a tu go spotkało rozczarowanie. Poza tem miał w worku ze 25 kg włoskich orzechów, któremi po części z nami się podzielił. A nawet i ja otrzymałem trochę, choć nie chciałem brać, ale jak mile popatrzył się na mnie, a ten wzrok dziki poparł jeszcze rozkazująco "bieri"26 - nie było innej rady i wziąłem.
         Przyszedł obiad. Siadamy we trójkę do stołu Proboszcz, ja i niejaki Janiszewski emerytowany nauczyciel. Aż tu służący daje znać, że w kuchni jest oficer rosyjski. Ale zaledwie to powiedział, przychodzi rzekomy oficer do jadalni. Mówi: "Zdrastwijut"27, podaje każdemu z nas swoją łapę, siada, wcale nieproszony i każe dać sobie "wodki". Kiedy mu Proboszcz zakomunikował, że wódki nie ma, kazał przynieść sobie wina. Mój Boże, jak to czasy się zmieniają, ten dziki kozak na obcej ziemi rozkazuje, a miesiąc temu głosu żadnego nie miał, żyjąc na stepie. Więc nie było innego wyjścia, trzeba było postawić flaszkę wina przed nim, by biedy się pozbyć. Ale na tem nie koniec! Kazał sobie otworzyć. Otworzono. Ale kiedym nalał do kielicha, bał się pić. Obawiał się trucizny i dlatego kazał p. Janiszewskiemu skosztować. A ten, jako że jest dziwak, nie chciał z początku, ale przynaglony skosztował. A teraz kozak był już pewny swego i zaczął na dobre popijać, a przy tem pytać się, czy my "giermance", bo gdybyśmy byli "giermancami" /Niemcami/, to byśmy już nie żyli. Plótł jeszcze wiele, z czegom nic nie zrozumiał. Pamiętam tylko, że bardzo często mówił słowo "giermaniec" i "bolszoj" /więcej/. Koniec końców popił chamisko tego wina dosyć, wziół z półmiska trochę mięsa w łapy, flaszkę z winem także. A to, jak mówił dla "gaficirow"28. Boć, sam był, mówiąc po polsku "gemeiny"29. Po południu tenże sam kozak przyszedł poraz drugi na probostwo i wprost do proboszcza. I co robi? Każe sobie pokazać austriackie bumaszki /banknoty/. Pokazał mu ich Proboszcz 3 dwudziestokoronówki. Oglądał i oznajmił, że te bierze na pamiątkę. Następnie zaczął nalegać na proboszcza, by w nocy niczego się nie bał, wprawdzie kozacy zechcą straszyć, ale niech się nie boi, on tu przyjdzie i będzie pilnował. W tem, ja o niczem nie wiedząc, wchodzę do Proboszcza i zastaję ich obu w pokoju. Kiedy mię drabisko zobaczył, powiada do mnie, bym go prowadził "w swoju komnatu"30. Więc prowadzę. Wchodzimy. On siada przy stole i każe podać sobie "machorkę" /tytoń/. Nie zrozumiałem drania, ale kiedy na migi pokazał mi, że chce palić, więc wyjąłem pudełko tytoniu, myśląc, że zrobi sobie parę papierosów, a resztę odda. Ale gdzie tam, skręcił sobie papierosa, a resztę wsunął do kieszeni. A niechże cię licho weźmie, kiedyś taki, pomyślalem sobie. I żal mi się zrobiło, boć ani jednego papierosa więcej w domu nie miałem. Papierosa zapalił i co robi dalej? Oto wyjmuje szaszkę /szabla/ z pochwy i daje mi pomacać, że ostra. Następnie bierze karabin, który trzymał między kolanami, odciąga kurek i pokazuje,że nabity. Do czegoż on zmierza z tem wszystkiem, pomyślałem sobie? I przyznam się, że dusza mi już była na ramieniu. Boć, czy trudno o nieszczęście, zwłaszcza, że mużyk był pijany. Po tem zaznajomieniu mnie ze swojem uzbrojeniem, mówi do mnie: Dawaj dieńgi"31. Co u licha chcesz, pomyślałem sobie, bo prawdę powiedziawszy, nie rozumiałem znaczenia tego słowa. Na to on mi pokazuje dwudziestokoronówki austriackie. Cha, byłem już w domu. Pieniędzy chcesz! Cóż tu zrobić? Miałem przy sobie kilkadziesiąt koron. Myślę sobie, wyjmę wszystkie, cham zabierze tak jak tytoń. A nie wiedziałem jeszcze nic, że te banknoty, które kozaczysko miał w łapach, pochodzą od Proboszcza. Mówię do niego po małorusku /niby ukraińsku/, żeby mię lepiej zrozumiał, żeby chwilkę zaczekał, ja zaraz pieniądze przyniosę. Wyszedłszy, udałem się do kuchni i tu oddałem swojej dochodzącej pieniądze, by mi schowała, a ze sobą wziołem około 26 koron i z tem wracam do pokoju. Mużyk czekał cierpliwie. Siadam przy stole i zaczynam mu wybierać. Najpierw daję mu trzy ruble i mówię, że to ma wartość 8 koron austriackich, a otrzymałem je od jednego jeńca rosyjskiego /Polaka/ na mszę. On wysłuchał, spokojnie położył przed sobą i wypowiedział "charaszo". Następnie pokazuję mu 10 koron austr. i znowu tłumaczę, że warte są 4 ruble. Wziął, położył na rublach i znowu "charaszo". W końcu wyliczyłem mu parę koron drobnymi. Wziął i znowu "charaszo". Kiedym mu to wyliczył wszystko, przewróciłem portmonetkę i mówię mu, że już nic w niej nie ma. A on do mnie: "Dawaj bolsze"32. Kiedym to usłyszał, tłumaczę mu /cała rozmowa po rusku/, że ja jestem biedny wikary, że nie mam więcej, ale on o tem słyszeć nie chce. Zaperzył się i wciąż ryczy do mnie, "dawaj bolsze" /więcej/. Co ja robię, mówię do niego, że więcej już stanowczo nie dam, bo nie mam. A z resztą nie wierzy mi. Ja zaraz poproszę Proboszcza, by przyszedł i zaświadczył, że ja więcej nie mam. I rzeczywiście wyleciałem z pokoju. Biegnę do Proboszcza. Patrzę, proboszcz stoi na werandzie z dwoma moskalami, ale na szczęście nie kozakami /artylerzystami/. Wlatuję do werandy i mówię co jest. Zrozumiał widać jeden z moskali, o co rzecz idzie, chwyta za rewolwer i powiada do mnie: "Szczo kazak choczy, dieńgi?"33 i każe się prowadzić do mnie, bo chce tego kozaka zastrzelić. A trzeba wiedzieć, że był także pijany! Więc kiedym to usłyszał, ze strachu zacząłem go prosić, by dał spokój, boć wiedziałem jakie to skutki może pociągnąc. Sami się postrzelają, a później winę zwalą na nas i gotowiśmy dyndać, co nie bardzo mi się uśmiechało. Więc proszę go, głaskam po twarzy, gdzie tam, nic nie pomaga. Uparł się. Ot, jak pijany, że i tak zastrzeli kozaka. Tak upłynęło kilka minut. Kozak tymczasem się znudził, wyszedł z mojego pokoju /mieszkałem w przybudówce/ i idzie do nas. Kiedy go ten artylerzysta zobaczył, usiadł na niego, jak on śmie napadać i rządać pieniędzy. Kozak z nowu do niego, co on tu chce? Kazał mu się wynosić w tej chwili! Widzę ja, że zanosi się na zawieruchę. Uciekłem do siebie. Pokój zamknąłem na klucz. Oddałem klucz służącej, a sam tylną furtką dałem drapaka do zamku, do Czerwonego Krzyża austriackiego.
         Przyszedłszy tam, poprosiłem Pstwa Szopińskich, którzy objęli byli zarząd szpitala wojskowego, by mię przyjęli na noc, bo na probostwie jest niebezpiecznie. Zaledwiem opowiedział im co zaszło, patrzę, a mój Proboszcz także już jest w zamku. Przykucnęliśmy na jakiejś sofce obydwaj i tak siedząc, przepędziliśmy całą noc.
         Tymczasem kozak jeszcze nie dał za wygraną. Wieczorem przyszło ich kilku na plebanię, o czem opowiadała gospodyni, i urządzili rewizję. Niby to za bronią, ale takiej nie znaleźli. Kiedy inni poszli do siebie, ten drab, co nam pieniądze zabrał, kazał gospodyni przyrządzić sobie biesiadę. Porozbijał szafy, z których zabrał jeszcze nieco grosza, brzytwy, palto, bieliznę i inne. Na tem skończył swoją opiekuńczą misję na pokojach proboszczowskich. Tak samo znaczną szkodę wyrządził w pokoju katechety ś.p. Ks. Jana Dzioby, który w tym czasie bawił w Szczawnicy. Moje mieszkanie i drugiego wikarego Bóg strzegł, tak, że żadnej szkody nie ponieśliśmy.
         W niedzielę 13/9 Ks. Proboszcz Sobczyński poszedł, mimo niebezpieczeństwa,do kościoła. Odprawił mszę św., ale na probostwo nie szedł, tylko siedział w zakrystyi. Wtem wpadają kozacy na chór i zaczynają organy niszczyć. I kto wie co byłoby się stało, gdyby na szczęście nie zjawił się jakiś żołnierz rosyjski /Polak/, który poradził napisać list do komendanta z prośbą o opiekę. List poskutkował. Przyszła warta, która tak sumiennie wypełniała swoje zadanie, że nie tylko na cmentarz kościelny i na probostwo nikogo nie wpuszczała, ale i z probostwa nie sposób było się wydostać. Ja wtym dniu jeszcze przesiedziałem w zamku, dopiero w poniedziałek wróciłem do domu. Ale cóż, kiedy byliśmy wciąż nagabywani przez moskali. Trudno było gdzie wyjść, aż poradził nam p. Szopiński, przypiąć sobie opaski Czerwonego Krzyża. Co też zrobiliśmy i od tego czasu można już było chodzić swobodnie, gdyż i mużyk ma respekt przed "krasnym krestom"34.

    Teraz. Lubaczów i okolice. Miesięcznik Katolicko*Społeczno*Kulturalny, Nr 45, listopad 2001.



    Ks. Michał Kaspruk, Lubaczów w czasie wielkiej wojny ... (CZ.4)


         W kilka dni po wkroczeniu, zakwaterowało się kilkunastu lekarzy, którzy chcąc okazać się szarmanckimi, zaprosili nas na herbatę. Mój Boże, jak przypomnę sobie tę herbatę i te zakazane /specjały?/, to dziś jeszcze robi mi się niedobrze. W tejże herbatce brał udział także jeden kapelan austriacki, którego zaskoczyła inwazja w Lubaczowie. Szwabisko się rozchorował i chciał koniecznie wyjechać do Lwowa. I w tej właśnie sprawie przyszedł prosić tych lekarzy. A tu trudno było się porozumieć, gdyż on tylko władał językiem niemieckim, a wśród tych nie było inteligentnych lekarzy. Był zaledwie jeden, który coś niecoś kapował. Trzeba więc było tłumaczyć im to po rusku, co dobrze rozumieli, bo byli z Kijowa. Skończyło się na tem, że otrzymał pozwolenie w kilka dni potem, pod warunkiem, że przebierze się w szaty duchowne, bo nosił mundur wojskowy. Więc, znowu kłopot miałem, bo musiałem sprzedać mu sutannę i płaszcz. I w ten sposób Herr Kaplan35 odjechał do Lwowa. Tam, o ilem słyszał, miał mieszkać w łacińskim seminarium duchownym. Co potem z nim się stało, nie mam pojęcia. Pamiętam, był wśród tych lekarzy podpułkownik od artylerii, Polak / katolik, tak nazywają Rosjanie Polaków /, który widząc nasze przygnębienie, pocieszał nas, że wszystko będzie dobrze, że powstanie zjednoczona Polska itd. Na drugi dzień lekarze odjechali, a zakwaterował się jakiś dywizyoner ze swoim sztabem. W spiżarni urządzili sobie stację telegraficzną, w werandzie telefoniczną. Pozakładali druty i w ten sposób kierowali bitwą nad Sanem.36 Wnet jednak odjechali, a do miasta zjechał głównodowodzący III Armią, słynny bohater spod Kirkilis37 w wojnie bałkańskiej, generał Radko Dymitriew.38 Bułgar, renegat w służbie rosyjskiej. Ten zamieszkał w domu państwa Angielczykowskich przy ul. Dachnowskiej. Rosjanie w pierwszym impecie poszli aż pod Rzeszów. Tam natknęli się na przeważające siły austriackie i cofnęli się pod ich naporem, aż za San, nad którym trwały bitwy, coś przez dwa tygodnie. Wtedy armaty siały zniszczenie, a huk ich przeraźliwy słychać było u nas, mimo znacznej odległości, bo 38 km. W tym czasie poznałem na probostwie kilku ludzi z armii rosyjskiej. A mianowicie ks. Radziwiłła z Nieświeża, zięcia ks. Dominika z Balic pod Krakowem39, adwokata Marguka? z Petersburga, obaj służyli jako ...? i ks. Princ. Juszkę, Litwina, władającego językiem polskim kapelana sztabowego, przedtem wikariusza w katedrze w Petersburgu. Wszyscy oni byli wręcz przeciwnego poglądu na sprawę polską, o czem kilka razy rozmawialiśmy, gdyż bywali u nas na probostwie. Każdy z nich uznawał naszą wolność w Galicji, ale mówili, że wolą żyć pod Rosją, gdyż tam im lepiej się powodzi. Jeżeli zaś któremu chce się odetchnąć nieco, to wtedy przyjeżdżają do nas na parę tygodni i wracają na powrót.

         W jakiś czas potem wyjechał cały sztab na zachód, a przez Lubaczów dniem i nocą szły wojska, których przez 9 miesięcy inwazji przeszły całe krocie. Turkotały dwukołki /kibitki/, dudniały armaty, parskały tysięczne gromady koni, których dziesiątki tysięcy przeprowadzono przez nasze miasteczko. A wszystko to po małym postoju szło dalej za armią na zachód. Na wschód zaś zdążały tysiące jeńców, zwłaszcza Czechów, którzy niby w pochodzie tryumfalnym szli do Rosji, z którą cały naród sympatyzuje, śpiewając swoje pieśni narodowe. Byli między nimi i nasi Polacy. Wielu nawet moich rodaków z Buczacza, których wspomagałem na drogę, a jednego nawet przebrałem, niejakiego Urbańskiego. Dałem mu trochę grosiwa na drogę i odwiozłem go swoim koniem aż na Wólkę, a dalej poszedł piechotą, aż do Buczacza.

         Kiedy pierwsze wojska przewaliły się, było trochę lepiej. Ale jeszcze jeden moment klasyczny. W pierwszych dniach po wkroczeniu moskali do Lubaczowa, byliśmy wszyscy w dosyć krytycznem położeniu. Pod względem aprowizacji ani soli, ani cukru, ani nafty, słowem nic nie było. Żeby temu zaradzić, wybrała się deputacja do generała Dymitriewa, złożona z ks. Sobczyńskiego, p. Szopińskiego40, p.Laurych? i p. Sekundy? /prowizoryczny burmistrz wojenny/. Ten ostatni, umiejący nieco po rosyjsku, służył bowiem niegdyś jako urzędnik skarbowy w Brodach, gdzie języka rosyjskiego się poduczył, przez ciągłe stykanie się z moskalami. Zaczął mowę, w której zamiast prosić, zaczął grozić, że jeżeli tak dalej będzie, to wybuchnie rewolucja itd. Jak mi opowiadali uczestnicy tej deputacji, Dymitriew, usłyszawszy to, spąsowiał, tupnął nogą i wyrzekł: "Co rewolucją mi grozicie. W sej czas skażu wyprowadyty wsich muszczyn na połe i rozstriłyty".41 Deputaci na tę miłą wiadomość pobledli. Zaczął się jeden za drugiego chować. Nareszcie oprzytomnieli. Powiedzieli, że z mówcą się nie solidaryzują. Przeprosili i jak nie pyszni wrócili do domu. Boć rzeczywiście, któż widział, by dowodzącemu armią i to w tym czasie zwycięską, grozić rewolucją. Szczęście, że to była sprawa z Bułgarem. A niechaj by to był jaki gienerał rosyjski i to po wypiciu kilku flaszek "szampanskoje".42 Co by się mogło stać? Mógł rzeczywiście wydać rozkaz rozstrzelania nas wszystkich. Wiele jeszcze czasu upłynęło, nim p. Laurych? Bułgara uspokoił, bo ten długo tych słów nie mógł zapomnieć. To była pierwsza i ostatnia deputacja do władz wojskowych rosyjskich.

         Wojska rosyjskie dość już daleko zapędziły się były na zachód, kiedyśmy nieco przyszli do siebie. Ludność z okolicy zaczęła przyjeżdżać do miasta na zakupno, choć prawdę powiedziawszy nie wiele można było kupić. Bo Żydzi jedno, że bali się wystawiać z początku towar na sprzedaż, a po wtóre nie łatwo było i sprowadzić go skądkolwiek, gdyż wyjazd był utrudniony. Wciąż trzeba było się starać o pozwolenie u t. ...? naczelnika "ujezda" /tyle co austr. starosta/. Później jeżdżono po towary do Żółkwi, a nawet do Lwowa, za przepustką i bez. Żeby przepustkę otrzymać w ujeździe, trzeba było zawsze dać parę rubli w łapę czynownikowi. A Żydzi, jako, że są narodem sprytnym, wcale później oto się nie starali. Opowiadał mi któryś Żyd taki wypadek. Jedzie po towar do Lwowa bez przepustki. We Lwowie na rogatce zatrzymuje go sołdat i żąda przepustki. Na to Żyd do niego: "Ja maju propustku gosudarsku".43 I daje mu ruble w banknocie. Wziął mużyk tę przepustkę, a do Żyda zawołał: "Ujezdżaj-ujezdżaj".44 I tak wielu postępowało, dając sobie radę jak kto mógł.
         Co się tyczy rabunków w pierwszych dniach, to rabowali nie tylko moskale, ale i okoliczna ludność. Widziało się jak chłopi nieśli poduszki, pierzyny, materye i inne rzeczy, do zbierania których zmuszali z początku żołnierze ludność miejscową. Ale później i tego nie trzeba było, bo sami kradli. Rzeczy kradzione były po całej okolicy. Pamiętam, jechałem na kolędę do Borowej Góry - wiózł jeden gospodarz. Patrzę, chłop w nowych śniegowcach. Nie pytałem go skąd to, bo wiedziałem na pewno, że z miasta wyniósł. W drugiem znów miejscu, a było to w Baszni Dol., przychodzę w czasie kolędy do jednej chaty, patrzę, a tu stoi chłopak, lat może 12., bosy, ale w nowiuteńkim prawie anglezie45 /prawdopodobnie od pana Frisera ze dworu46/. I takich kawałów było wiele. Ale za to cierpieli porządnie, po odwrocie moskali, gdyż za byle głupstwo musieli dobrze płacić. Na co narzekali. A któż temu winien? Ot, chłop zawsze łakomy jest na cudze. A do tego wojna zrobiła wiele złego. Ale to trwało czas krótki. Ludzie się opamiętali. A w Wielkim Poście, kiedy przyszła spowiedź, wielu przyrzekło solennie, oddać zabrane rzeczy. A wielu, nocami rzucało zrabowane rzeczy do rzeki, tak, że widziało się pływające bebechy? żydowskie prawie dzień w dzień.

    Teraz. Lubaczów i okolice. Miesięcznik Katolicko*Społeczno*Kulturalny, Nr 46, grudzień 2001.




    Ks. Michał Kaspruk, Lubaczów w czasie wielkiej wojny...(CZ.5)


         Jednego razu ktoś dał mi znać, że księża z Oleszyc wyjechali, a więc ks. Dziekan Lud. Swadowski i Kaz. Bilczewski. Jadę ja z p. Radcą Krzanowskim47 końmi oficerskimi do Oleszyc, by przekonać się naocznie, czy to prawda. Przyjeżdżamy na plebanię, a tu ślad już dawno zginął po nich. Na ich miejscu gospodarują lekarze i pop rosyjski. Więc poprosiłem ich, by mieli wzgląd na to, co jeszcze zostało i odjechałem. Kilka dni potem objął administrację tamże ks. Jan Walniczek, wikary z Dzikowa Starego. Po nim zaś w lutym 1915 r. ks. Jan Kontek. To samo było w Cieszanowie, skąd wyjechał Prob. ks. Masny i wikary Kutowski. Kilka razy ja jeździłem tam ze sumą, spowiadać chorych, grzebać, a raz, czy dwa był ks. prob. Sobczyński. Następnie objął administrację ks. Gust. Boraczek, wikary z Płazowa. Z Łukawca wyjechał proboszcz także, niejaki ks. Józef Pragłowski. Tak, że cała okolica była bez księży. Do tego trzeba dodać, że w Lubaczowie nie było także ruskich księży. Boć, Proboszcza ks. Hoszowskiego, wikarego jego syna władze austriackie internowały. Zięć zaś jego, ks. Czeczułowicz, katecheta miejscowy, wyjechał. Więc to wszystko do nas do kościoła chodziło. Pracy było szalenie dużo, a przy tem ja excurrendo48 administrowałem Łukawcem do 15/2 915 r. W tym, bowiem dniu objął administrację ks. J. Walniczek, aż do powrotu ks. Pragłowskiego.
         Czas inwazji dał nam się we znaki, zwłaszcza w Adwent. Ja np. w niedziele adwentowe już od godziny trzy na piątą siedziałem w konfesjonale. Spowiadałem do 6., następnie śpiewałem roraty. Po mszy znowu spowiadałem, a około 8. jechałem do Łukawca. Tam znowu spowiadaj, odpraw sumę, zaopatrz chorych i gdzieś około 3. po południu jesteś z powrotem. Zaznaczyć muszę, że wielu Rusinów chodziło do nas do spowiedzi. Inni chodzili do Krowicy do ks. proboszcza Harasowskiego/...?/. Inni do Dachnowa, gdzie był ks. Czerkawski. Ale wielu i to bardzo chodziło do popów, których moskalofile, z Dubikiem49 młodym na czele, sobie sprowadzili do cerkwi. A było ich dwóch protojerej50 /niby dziekan/ Kowalski z Wołynia gdzieś i wikary. Pop Kowalski przyszedłszy do Lubaczowa, złożył na probostwie wizytę. Był bardzo grzeczny. Żona jego nawet dość dobrze władała językiem polskim, którego się poduczyła w Warszawie, będąc u krewnych. Na Wielkanoc pop Kowalski przyszedł znowu do nas, wystrojony w jedwabny chałat i złoty krzyż na łańcuchu. Nie było innej rady, po południu musieliśmy rewizytować, jak niepyszni. Ot, postępowało się według ruskiego przysłowia: "Czeszy didka z ridka".51
         Ale wróćmy na chwilę do szpitala w zamku. Oto moskale wkraczając do Lubaczowa zastali tu paręset chorych na czerwonkę, a w koszarach rannych. Z lekarzy został w zamku Dr Mieczysław Nowosad, lekarz rezerwowy, przed wojną ordynujący w Bełzie, a w koszarach Ludwik Kirchmajer, chirurg z Wiednia. Pierwsze dni były straszne, bo nie było ani co jeść, ani żadnych lekarstw, ani nawet desek na trumny dla zmarłych żołnierzy. Jak umarł, kto, to chowano go tylko w bieliźnie i w kocu, a później z oszczędności ani bielizny, ani koca nie dawano, ale wynoszono trupa na noszach i wrzucano do wspólnego grobu. Pamiętam, kilka razy kropiłem zwłoki w czasie deszczu. Grób wielki, wykopany dla większej ilości, cały zalany wodą. Wynoszą trupa i wrzucają do tej wody. Woda obryzgała i mnie i Dr Nowosada i służbę sanitarną. A był i taki wypadek, że i psy wyciągały po kawałku trupa z grobu. Trzeba wiedzieć, że groby kopano w ogrodzie w zamku i za spichlerzem koło kapliczki św. Jana. Później było lepiej, zarząd nad spichlerzem objęły władze rosyjskie i jako tako się troszczyły o chorych. Obaj lekarze austriaccy byli jeszcze jakiś czas zatrudnieni, a z wiosną odjechali do Kijowa, a z tamtą w głąb Rosji. Rosjanie urządzili w Lubaczowie dwa wielkie szpitale. Jeden rządowy,(kazionny), którego kierownikiem był lekarz-pułkownik Kandyba, a drugi ziemski z miasta Tahanroga52 z nad Morza Azowskiego i tym kierował lekarz, profesor z Kijowa Gierasim Ilicz Gorułow. Sióstr miłosierdzia było bez liku, a wszystko licho warte pod względem moralnym, z bardzo małymi wyjątkami. O chorych nie wiele się starano, ale za to bawiono się przy muzyce, jak najlepiej, a za ścianą konali mużyki. Maleńki obrazek troskliwości o chorych: gdzieś raz byłem w koszarach, gdzie zaopatrywałem chorego i zdybuję tam młodego oficera, któregom już znał przedtem; pytam, co słychać? A on odpowiada, że przed chwilą właśnie był w szpitalu "Jego Imperatorskie Wisoczestwo Prinz Mikołaj Orenburski"53, szwagier carski, który był w owym czasie naczelnym kierownikiem wszystkich szpitali w całej armii rosyjskiej i obiecał 200 flaszek wina dla chorych, z czego oficer był bardzo zadowolony; może, co miesiąc potem spotykam tego oficera i pytam, czy otrzymali obiecane wino? "Da, da,"(tak, tak), odpowiada, ale już "niet"(nie ma); myślałem, że chorym dali, a on mi chwali, że było dobre i że 200 flaszek wypił jeszcze z jednym lekarzem – oto troskliwość o chorych, oto gospodarka istinno – ruska.54 Dlatego też z tych szpitali bardzo mały procent wychodził, wszystko ginęło. Muszę tu wspomnieć, że gdzieś z początkiem października 914 r. mieliśmy trzy wypadki cholery. Dwa śmiertelne, a mianowicie umarli dwaj bracia Kosiorowie Ignacy, a drugi zdaje mi się nazywał się Michał. Trzecim był parobek Dubika z Za Wału, ale ten wyszedł. Poza tem było nieźle.
         Nowy Rok 1915 pozostanie na zawsze w mojej pamięci. A to z tego powodu: na zakończenie starego roku miałem kazanie. Kościół wypełniony po brzegi, byli Rusini, byli także i Moskale, a między nimi wielu oficerów, pop, kapelan szpitala i inni, był także oficer z ochrony kijowskiej niejaki Grom. Przemówiłem ja serdecznie do ludzi, wszystko zaczęło płakać. Co się dzieje? Ów oficer z ochrany podejrzewa, że mówiłem coś przeciw Rosji i już, jak mi później opowiadał Dr Nowosad, chciał mię jeszcze tego wieczora aresztować, o czem ja nic nie wiedziałem. Rano po odprawieniu prymarii55, wyjechałem do Łukawca. Jak zwykle wracam stamtąd do domu, jeszcze nie rozebrałem się, przychodzi do mnie Dr Nowosad i opowiada mi całą rzecz? Struchlałem, bo wyjeżdżanie do Rosji wcale mi się nie uśmiechało. Na radę Dr Nowosada siadłem, napisałem testament, przy którym dość łez moich się polało. I czekałem tak na koniec sprawy. I rzeczywiście, jakiś pułkownik dwa razy był u księdza proboszcza w tej sprawie, ale mnie, Bogu dzięki, zostawiono w spokoju. Przy tej sposobności zaznaczyć muszę fakt następujący. Kiedy o tem wieść dostała się do szpitala, 2/1 915 wieczorem zjawili się u mnie pułkownik, lekarz Kandyba i jego przyjaciel pop-kapelan. Uspokoili mię, bym się nie denerwował i prosili, bym w najgorszym wypadku powołał się na nich, bo oni byli na kazaniu, ale nic przeciw Rosji nie słyszeli. Oto, jak widać i wśród Moskali są ludzie uczciwi. Na tej całej aferze tyle straciłem, że mi zabroniono głosić kazania. Do czego musiałem się zastosować, z wyjątkiem na Wielkanoc, gdzie za pozwoleniem specjalnem naczelnika ujezda56 przemówiłem do ludzi. Później już nie było kazań, aż dopiero po ustąpieniu Moskali, a to 29/6 na odpust. Dni w tych czasach niepewnych mijały prędko. Z frontu nadchodziły bardzo kiepskie wiadomości, ale jeszcze nie upadliśmy na duchu, bo Przemyśl się trzymał. Wciąż słychać było potężną strzelaninę, a w nocy światła reflektorów widzieliśmy na niebie. Aż gdzieś 20 zdaje mi się marca Przyniosło Słowo Polskie wiadomość, że forty ziemne w Walawie57 wpadły w ręce moskali. Co było bardzo możliwe, gdyż od 19/3 nadzwyczaj silnie strzelano pod Przemyślem. Strzelanina trwała trzy dni, tak, że u nas w Lubaczowie o 60 km oddalonym, szyby drżały. 22/3 wszystko ucichło. Przyszedł wieczór, reflektorów już nie było, a więc Przemyśl skończył swój żywot. I rzeczywiście na drugi dzień doniosły dzienniki, że Przemyśl się poddał z całą załogą.58 Co za radość była u moskali z powodu poddania się twierdzy, to trudno opisać. Nic też dziwnego, gdyż Przemyśl kosztował ich bardzo dużo ofiar. Nieraz połamali sobie zęby na nim, atakując go.
         Wszędzie odbywały się z tego powodu nabożeństwa rosyjskie, mowy do żołnierzy itp. Na nas jednak nie wywierano nacisku, by z tej okazji odprawić nabożeństwo, ale w tym względzie zaszedł raz taki wypadek. Było to kilka dni przed Mikołajem wedle obrządku greckiego. Przyszedł do nas komendant etapu i gadu - gadu pyta, czy my wiemy, co za parę dni będzie? Zorientowałem się prędko, o co mu chodzi i mówię św. Mikołaj. A więc, powiada, trzeba będzie nabożeństwo odprawić. Na to, dał mu dobrą odpowiedź ksiądz Proboszcz, że u nas, co dnia są dwie Msze św. Sperzył się moskalisko i już więcej nic nie mówił o tem. Przemyśl wprawdzie padł, moskale nabrali ochoty iść koniecznie przez Wiennu (Wiedeń) do Krakowa (ładne mieli mużyki pojęcie o geografii), a mimo to u nas zaczęła odżywać nadzieja, że ta banda przecież kiedyś będzie musiała się cofnąć. A to na tej podstawie: jednego razu przychodzi do mnie miejscowy krawiec, Żyd, Siernkiker(?) uradowany i powiada, wszystko dobrze - opowiada mi, że wojska austriackie są już w Krzywczy nad Sanem, o czem dowiedział się od jakiegoś jeńca - Niemca. Takie to wiadomości coraz uporczywiej zaczęły się rozpowszechniać, mimo, że komunikaty rosyjskie wciąż mówiły o swoich zwycięstwach.
         Przyszła Wielkanoc. Pamiętam, jak dziś, cudny był dzień. U nas na probostwie kwaterowali ułani rosyjscy (wielu było Polaków), aż około południa słyszeć się dały strzały. Zdało się, że ta bombardacja jest najdalej nad Sanem. Strzelali tak spory kawał czasu. My usłyszawszy tę strzelaninę, byliśmy uradowani, że wnet przyjdą Austriacy. Ale niestety, jeszcze długie tygodnie musieliśmy na to czekać. A co się tyczy strzelaniny, to nie było pewnem, gdzie to było. Najprawdopodobniej było to echo strzelaniny, gdzieś w Karpatach.

    Teraz. Lubaczów i okolice. Miesięcznik Katolicko * Społeczno * Kulturalny, Nr 47, styczeń 2002.




    Ks. Michał Kaspruk, Lubaczów w czasie wielkiej wojny...(CZ.6)


         Gdzieś z końcem kwietnia zauważyli ludzie, że rosyjskie pociągi, naładowane prowiantami, wracają od Jarosławia w kierunku Rawy i to jeden za drugim. Trwa to przez kilkanaście dni. Wszyscy coś przebąkiwali, że moskale się cofają. Aż, oto pewnego razu zajeżdża na plebanię kilku oficerów z intendentury z pułkownikiem Lisiczynem, którzy już poprzednio stali u nas kwaterą. Kiedym zobaczył pułkownika, pytam, co słychać? A on machnąwszy ręką, mówi do mnie: "płocho"59 , ale nic więcej. To mi wystarczyło. Wnet nadjechały i szpitale ze znajomymi lekarzami. Byli między nimi i Polacy, którzy stali w Gorlicach. Opowiadali o strasznem bombardowaniu Gorlic z armat i z aeroplanów. Wszystko wystraszone, bo wiele przeżyli strasznych chwil. W kilka dni zjechał ze sztabem i generał Dymitriew. W mieście zapanował ruch szalony. Treny znowu cofały się dniem i nocą. Główną ulicą nie wolno było jeździć, gdyż w domu p. notaryuszowej Angielczykowskiej mieszkał Dymitriew, zdenerwowany rozbiciem swojej armii. Jak opowiadali niektórzy, że nikogo do siebie nie przypuszczał, ale wciąż w samotności studiował mapy(?) sztabowe. Ciekawa jednak rzecz, oto kiedy głównodowodzący jest przygnębiony i do tego Bułgar, to istinno60 ruscy oficerowie i to sztabowi nic sobie z tego nie robią, ale jak najlepiej się bawią z "sestrycami"61, popijając wódkę i koniak. W tym czasie poznałem jednego Japończyka. Był nim major attache62 przy ambasadzie japońskiej, obecnie przydzielony do sztabu III Armii. Był to w sile wieku mężczyzna, przystojny, władający kilku językami, a nawet po polsku cośkolwiek rozumiał. Sympatyzował z Polakami, czego dowodem, że pstwu Szopińskim zostawił małą fotografię swoją z napisem: "Na pamiątkę. Kocham Polaków". O ile słyszałem, miał sobie zrobić harakiri pod Lwowem, gdzie groziło mu dostanie się do niewoli, co jest największem nieszczęściem i hańbą w pojęciu synów słońca. Sztab Dymitriewa był w Lubaczowie przez kilka tygodni, przez cały czas walk nad Lubaczówką.63 Straszne to były dla nas chwile, gdyż dzień w dzień zjawiały się nad miastem samoloty, rażąc moskali. Zazwyczaj pokazywały się samoloty rano ze świtaniem, około południa i wieczorem. Za ich pojawieniem się na horyzoncie, zaczynała się straszna kanonada działowa. Czasem po kilkadziesiąt strzałów dawano bezskutecznie. Opowiadano mi, że w czasie takiej kanonady wychodził Dymitriew i przypatrywał się, a kiedy widział, że licho strzelają, zgrzytał zębami i prawie ryczał: "Płocho strilajut".64 I rzeczywiście bardzo płocho strzelali, bo przez kilka tygodni ani jednego samolotu nie strącili.
         Po kilku tygodniach pobytu, wyjechał sztab do Tomaszowa, jak opowiadali mi kapelani sztabowi łacińscy, ks. Juszko, o którym była już mowa i ks. Stanisław Eismont wikary z Mińska. Wyjechał także ujezd i etap. Wywieźli sędziego Rzepeckiego i kancelistę Mysiaka (obaj rusini). A myśmy zostali na opatrzności Bożej.

    Teraz. Lubaczów i okolice. Miesięcznik Katolicko * Społeczno * Kulturalny, Nr 48, luty 2002.




    Ks. Michał Kaspruk, Lubaczów w czasie wielkiej wojny...(CZ.7)


         15/6 915 dały się widzieć wieczorem pękające szrapnele, gdzieś w okolicy Szczutkowa. Myśleliśmy, że nas to nieszczęście ominie, ale gdzie tam. 16/ 6 rano patrzymy, a Moskale okopują się nad rzeką pod zamkiem. Przychodzi pan Szopiński i opowiada, że pod Młodowem także wykopali rowy. Ot, nie dobrze. Gdzieś koło pierwszej kolosalny huk rozdarł powietrze. Jak się później okazało, to Moskale wysadzili most kolejowy. Zaczęła się strzelanina. Na probostwie zebrali się: rodzina Szopińskich, mecenas Turzański, ks. Majewicz proboszcz z Turzy pod Gorlicami, którego Moskale aresztowali i zawlekli aż do Lubaczowa. Jak opowiadał mi, przez 10 dni go prowadzili, zrabowali mu większą sumę pieniędzy, a jego zamykali w chlewach razem z nierogacizną, i w inny jeszcze sposób go maltretowali, tak, że jak przyszedł do Lubaczowa, wyczerpany z sił padł na rynku. Co widząc p. Szopiński sprowadził go na probostwo. Kapelani polscy postarali się o wizytę lekarską. Uznano go za niemożliwego do dalszego transportu i zostawiono u nas. Zdawało się, że ten człowiek długo nie pociągnie. Ale Bóg łaskaw, doczekał się u nas oswobodzenia, wrócił do domu, przyszedł całkiem do siebie, co widziałem w rok później, będąc u niego, na własne oczy.
         Oto, jak wspomniałem, zaczęto strzelać. Huk coraz większy rozdzierał powietrze. Widzimy, że może być kiepsko z nami, więc czem prędzej idziemy do piwnicy pod domem, ale tam zastaliśmy już pełno ludzi, nawet Żydzi. Nie upłynęło pięć minut, pada granat, akurat do tego pokoju, z któregośmy wyszli – rozbił ścianę, wyleciało dosyć szyb, zrujnował cały dach, w pokoju pogruchotał rzeczy, a co by się było stało z nami? Nie upłynęła minuta a przyszedł drugi granat, ale już z drugiej strony od kościoła. Wyrwał świerk cały, poharatał ścianę na drugiej wikaryówce. My tymczasem siedzieliśmy w piwnicy, a ks. Sobczyński był kościele, gdzie także było dużo ludzi. Jak pociski coraz gęściej zaczęły padać na miasto, sytuacja zaczęła być krytyczna, zwłaszcza, że Niemcy /Bawarzy/ strzelali z ciężkiej artylerii. Zaczęli ludzie prosić, by udzielić im absolucji, co też zrobiliśmy. Następnie zaczęto odmawiać różaniec, kto się w opiekę, a armaty tymczasem grały. Modliliśmy się gorąco, nawet ci, którzy może już lata całe nie zrobili na sobie znaku krzyża św., bo jak trwoga, to do Boga. Może około 9 godz. wieczorem strzelanina ustała. Odetchnęliśmy. Wtem słyszymy tętent koni na probostwie. Wyszedł p. Szopiński zobaczyć, co jest. Wraca po chwili i opowiada, że to patrol kozacki z oficerami przyjechał i będzie tu nocował. Mówi dalej, że oficer opowiadał, że "zawtra utrom budiet strasznyj boj"/jutro rano będzie straszna walka/. Wesoła wiadomość, nie ma, co mówić. Cóż robić – czekamy do rana, co będzie? W nocy dzieci płaczą. Nie ma się gdzie ruszyć. Człowiek głodny, ledwie doczekałem się świtu. Zmęczony, niewyspany wychodzę z piwnicy. Patrzę, w kuchni są kozacy. Idę ja do nich, prowadzę ich do pokoju, w którym pocisk porobił tyle zniszczenia. Oni niby to współczują ze mną, ale nie oto mi chodziło. Chciałem sobie ich jakoś ująć, bo zamyślałem przedostać się do kościoła, co też rzeczywiście mi się udało.
         W kościele zastałem ludzi znękanych i ks. Proboszcza, siedzącego w zakrystyi. Opowiedziałem mu o zniszczeniach na probostwie i z tego wszystkiego poszedłem pod chór, by się położyć na ławce, bo już padałem ze znużenia. Zaledwiem się położył, odezwały się armaty, a było to około w pół do 5 rano. Zerwałem się i siedzę. Ludzie w płacz. Kanonada coraz to się wzmaga. Pociski lecą ponad kościołem. Mury drżą, szyby od wstrząsu powietrza z brzękiem wypadają-istne piekło. Wzbudziłem sobie jeszcze raz żal, jak mogłem tylko najlepiej i siadłem sobie pod filarem, jak idzie się na ambonę, bo uważałem to miejsce za najbezpieczniejsze. Około południa wyciągnął mię Kłos, nasz sąsiad, na cmentarz kościelny, bym zobaczył, jak zbliżają się od Kornagów wojska niemieckie. I rzeczywiście widzę w długim szeregu zbliżające się wojska. Ale cóż, zaledwie tylko podniosą się z ziemi i pobiegną parę kroków, tak zaraz padają, bo Moskale prażą ich z karabinów maszynowych, które ułożyli: jeden pod cerkwią, a drugi koło naszej stodoły. Te karabiny wyczuli Niemcy i dlatego tak walili w stronę kościoła i cerkwi. Szczęście, że nie rozbili obu domów bożych. W kościele wyleciało trochę szyb i było parę dziur nieznacznych na wierzy i na ścianach od odłamków szrapnelowych. A w cerkwi wybił granat potężną dziurę w facyacie.65 Od szrapneli spłonęła wtedy ulica Zamkowa i Młyńska, a także i za przekopem. Tak samo spalili moskale umyślnie prawie cały Felsendorf. Na Opace zostało tylko 17 numerów, w górze za cerkwią, gdzie mieszkają Kiszczaki(?). Spłonęło trochę chat na Bałajach i w Młodowie.
         Gdzieś koło 11 po południu przyszli Niemcy do miasta, które wzięli szturmem.66 W ludziach było wtedy 8 ofiar, prócz tego wielu żołnierzy. Co za radość była wtedy w mieście, to nie da się opisać. Ludzie całowali po rękach Niemiaszków. Dawali im jeść, palić itd. W pół godziny potem zaczęłi Moskale ostrzeliwać miasto. Wobec tego zarządzili Niemcy ewakuację – nie zapomnę nigdy tego widoku, jak to wszystko zmykało z miasta, z czem, kto mógł. Uciekliśmy i my do naszych parafian na Kornagi. Tu przenocowaliśmy, a na drugi dzień wróciliśmy. W domu zastaliśmy wszystko porozrzucane, bo Niemcy nie są lepsi od Moskali. Pozabierali, co się tylko dało.
         Zaledwie ustąpili Moskale, przyszła nowa plaga na parafię, nastała straszna cholera.67 Pierwszy wypadek był zdaje mi się 19/ 6 915 w Opace. Wezwano mię do chorego – jadę i zastaję niejakiego Kucharskiego. Człek stary, leży pod płotem, bo dom spłoną, cały siny. Spowiadam go, komunikuję, namaszczam olejami, nie przypuszczając z jak straszną chorobą mam do czynienia. Pytam dzieci, co jest ojcu? Mówią mi, że ojciec się...?, że wszystko się spaliło i z tego się rozchorowali. Skonał chłop w kilka minut, a na drugi dzień dowiedziałem się od Dra Konery68, że to cholera.
         Epidemia się wzmogła. Dzień w dzień były ofiary. Po kilka razy na dzień wzywano nas do chorych. Na ulicach nikogo się prawie nie widziało. Wszystko, bowiem było wystraszone i siedziało w domu. Tylko słyszało się dzwonki, dające znać, że idzie Pan życia i śmierci do tych, których ciężką niemocą doświadczył. Były dnie, że 5 razy byliśmy wzywani do chorych. Tak samo ruski administrator ks. Harabacz. Padło w samym mieście do 200 osób, w tem większość Żydów. Żydzi, jako, że są zabobonni, urządzili na koszt Kahału69 ślub jednego idyoty na okopisku, wiedząc, że po tem epidemia ustanie. Omylili się jednak grubo, bo cholera jeszcze więcej się wzmogła. Aż dopiero urządziliśmy błagalne nabożeństwo, tak samo i Rusini. Odbyliśmy procesję błagalną na nowy cmentarz pod Młodowem. Tam przemówił ks. Proboszcz, wzywając lud do pokuty. I Bóg, jak ręką odjął – epidemia ustała. Przypominam sobie tą procesję, w której tłumy ludzi wzięły udział, a mieszczanki na znak pokuty rozpuściły włosy i niosły kolosalny krzyż dębowy na ramionach, który wkopano na nowym cmentarzu.70 Co za płacz był, co za lament, ale ulitował się Bóg i zesłał wkrótce radość.
         Nie mogę ominąć tu następującego wypadku: Gdzieś jednego razu w nocy wezwano do chorego Sokołowskiego, szwagra Białozorskich. Poszedł ks. Proboszcz. Wyspowiadał go i pyta, czy mu się nie zbiera na wymioty? Powiada nie, a więc daje mu Komunię Św., a ten w tej chwili zaczyna wymiotować i wymiocinami obryzgał twarz Proboszcza, o czem mi rano proboszcz opowiadał. Na co zapytałem, a ks. Proboszcz, co na to? A cóżby, obmyłem się i koniec. Ot, widoczny palec Boży, który strzegł swojego sługę. I nic dziwnego, ze Bóg dobry nas ochraniał, bo któżby był tych biedaków zaopatrywał na drogę wieczności. Panika była straszna, tak, że i ruski administrator, kiedy zachorowała jego gospodyni pani Mysiakowa, uciekł do Płazowa, a myśmy zostali. Ludzi strach ogarnął. Dzieci uciekały od rodziców chorych – siostra opuszczała siostrę.
         Pamiętam, raz tak było: Wieczorem było u mnie kilku panów na papierosie. Siedzimy i gawędzimy gdzie o czem. Wtem ktoś puka. Wychodzę. Wzywają do chorej na mały zawał. Wracam i mówię do swoich gości, że za chwilę będę zpowrotem. Biorę Sanctissimum i idę. Przychodzę i zastaję mieszczankę, leżącą w chlewku, bo chałupinę wynajęła Żydowi. Zaopatrzyłem ją i pytam gdzie dzieci? Odpowiada mi ktoś – syn na wojnie, a siostra uciekła. Wracam do domu, a po moich gościach i ślad zaginął. Przyznam, że przykro mi się zrobiło, że uciekli. Na drugi dzień zdybałem któregoś z nich i mówię mu to. A on mi na to, co księdzu wszystko jedno, a ja mam dzieci. Niech i tak będzie, pomyślałem sobie. Ale nie tylko ode mnie uciekali, ale tak samo i siebie opuszczali. Jednego razu zachorował potrzmistrz p. Doening71, z którym mieszkał razem w sokole (?) p. sędzia Elektorowicz. Idę ja ulicą Dachnowską, spotykam p. Elektorowicza72, który mi opowiada, co zaszło. Mówi, że był u lekarza, ale wyjechał gdzieś na wieś, itp. I stanął na drodze, ale do domu nie wchodzi ze strachu. Więc, co było robić, poszedłem do domu, wziąłem jakichś kropli antecholerycznych, dałem choremu zażyć. Kazałem dać mu wódki, robić nacieranie i wszystko było dobrze. Ale wtedy naocznie przekonałem się, że prawdziwej przyjaźni prawie, że nie ma na świecie.
         Na cholerę padło wielu ludzi także i po wsiach, z braku odpowiedniej opieki, która zasadzala się jedynie na tem, że chorych zapędzano do jednej chałupiny, której strzegł Landsturmista. I giń tam chłopie. To też nic dziwnego, że niektórzy oknami wyskakiwali i ci byli uratowani. Kto został, ginął. Równocześnie z cholerą wybuchła czerwonka i ospa, a nawet był jeden wypadek czarnej ospy, na którą umarł jeden robotnik kolejowy, Niemiec z Baszni, którego spowiadałem w szpitalu. Na cholerę, bywały wypadki, wymarły niektóre całe rodziny. Taki wypadek był w Dolnej Baszni, gdzie wymarła cała rodzina z wyjątkiem ojca, który był na wojnie, a całe gospodarstwo zostało chwilowo bez właściciela. Z czasem Bóg przemienił to wszystko, epidemie ustały, a przyszła znowu nowa plaga moralna.

    Teraz. Lubaczów i okolice. Miesięcznik Katolicko * Społeczno * Kulturalny, Nr 49, maczec 2002.


    Opracował: Zenon Swatek


    Wstęp | Część pierwsza | Część druga | Część trzecia | Część czwarta |
    Część piąta | Część szósta | Część siódma |

    Objaśnienia:

    1.  Zob. 'Teraz' nr 3-8 (1998), 15-17, 19-24 (1999)

    2.  Ksiądz Michał Kaspruk urodził się w Buczaczu. Święcenia kapłańskie otrzymał z rąk abp. Józefa Bilczewskiego we Lwowie 30 czerwca 1912r. Pracę duszpasterską rozpoczął w Czernielewie Mazowieckim, pow. Tarnopol, a następnie od kwietnia 1913r. w Jeziernie pow. Zborów, od początku 1914r. do sierpnia 1916r. w Lubaczowie skąd przeniesiono go do Chodorowa. W kwietniu 1917r. został kapelanem uchodźctwa wojennego na Morawach. Od 1918r. pełnił funkcję proboszcza w Sorocku, pow. Skałat, od 1922r. w Deremianach, pow. Zaleszczyki, od 1932r. w Brzozdowcach, pow. Bóbrka. Po repatriacji do Trzebieszowa, 19 marca 1946r. objął probostwo parafii Kamień Pomorski. Wkrótce otrzymał godność dziekana. Po długiej chorobie zmarł 5 września 1962r.

    3.  Ksiądz dziekan Stanisław Sobczyński urodził się 5 lutego 1876r. we Lwowie. Święcenia kapłańskie przyjął w 1899r. W 1909r. objął funkcję proboszcza w Lubaczowie. Po wybuchu epidemii cholery w 1916r. był duchowym oparciem dla dotkniętych tą chorobą. W okresie międzywojennym organizował w parafii Akcję Katolicką. W 1938r. zainicjował budowę kościoła w Baszni Dolnej. Pod okupacją niemiecką wspierał działalność Armii Krajowej. Po zakończeniu wojny poświęcił się działalności na rzecz odrodzenia szkoły średniej w Lubaczowie. Zmarł 15 marca 1960r. w Lubaczowie.

    4.  Nowy Jiczin na Morawach, obecnie Republika Czeska.

    5.  Obecnie ulica Kościuszki.

    6.  4 pułk piechoty "Hoch und Deutschmeister" z Wiednia.

    7.  W wolnym tłumaczeniu: "Kiedy ich dopadniemy, Ojczyzna będzie uratowana".

    8.  W ówczesnym języku potocznym określano tak zapewne place, skwery.

    9.  Pozostałości zamku, a właściwie dworu Gołuchowskich, znajdują się przy ulicy Sobieskiego, obecnie Zespół Parkowo-Zamkowy Muzeum w Lubaczowie.

    10. Z języka niemieckiego: der infanterist - żołnierz piechoty, piechur.

    11. Forszpan /niem. Vorspann/ podwoda, woźnica zmobilizowany do świadczenia usług transportowych dla wojska.

    12. Przez pomyłkę szpital powiatowy autor nazwał szpitalem krajowym

    13. Piaski - dzielnica w północnej części Lubaczowa.

    14. Autor fonetycznie zapisał zdanie w języku rosyjskim "to moje dzieci".

    15. Tabory wojskowe.

    16. Ksiądz Rudolf Kmieciński był wikarym w Lubaczowie od 1912 r.

    17. Profesor Karol Majewski.

    18. Sędzia Cesarsko - Królewskiego Sądu Powiatowego Marian Elektorowicz i kontroler podatkowy Jan Oliwa.

    19. Jak daleko jest Dachnów? Pięć kilometrów.

    20. Żołnierze z oddziałów pospolitego ruszenia.

    21. Gustaw Szopiński dyrektor Kasy Zaliczkowej.

    22. Po sukcesach wojsk ausro-węgierskich pod Kraśnikiem i Komarowem, utknęły one na przedpolach Lublina. Wkrótce inicjatywę przejęli Rosjanie, którzy uderzyli na wschodzie. W dniach 26-28 sierpnia 3 Armia gen. Nikołaja Różskiego i 8 Armia gen. Aleksieja Brusiłowa pokonały 3 Armię gen. Hermana Kovess de Kovesshaza nad rzeką Złota Lipa, a 29-31 sierpnia pod Gniłą Lipą. 3 września wkroczyli do Lwowa. W tej sytuacji szef sztabu Austro-Węgier gen. Franz Conrad von Hotzendorf rozkazał 4 Armii gen. Auffenberga zawrócić na południowy wschód i uderzyć na Rosjan w Galicji Wschodniej. Wykorzystały to osłabienie frontu pod Lublinem 4, 5 i nowa 9 Armia, które 3 września przeszły do natarcia na południe. 4 września Austriacy rozpoczęli odwrót. 8 września 4 Armia gen. Evertha przerwała linię obrony przemyskiego X Korpusu pod Tarnawatką. Znaczne straty poniósł zwlaszcza 90. pułk piechoty, którego batalion stacjonował przed wojną w lubaczowskich koszarach. 9 września Austriacy wycofali się za San. Również na wschodzie wielka bitwa między Lwowem a Rawą Ruską w dniach 8-12 września zakończyła się klęską Austriaków. 9 września gen. Conrad von Hotzendorf wydał rozkaz odwrotu.

    23. W języku rosyjskim potoczna, pogardliwa nazwa chłopa.

    24. "A, dobre, dobre".

    25. "Zajdziemy, zajdziemy".

    26. "Bierz".

    27. Błędnie zapisane rosyjskie pozdrowienie przy powitaniu - zdrastwujtie.

    28. Zapis fonetyczny. Zapewne autor ma na myśli oficerów?.

    29. Spolszczony wyraz niemiecki. Gemeine:
         I  Dawniej prosty żołnierz, szeregowiec.
         II 1. Pospolitość. 2. Ordynarność, nikczemność.


    30. Do swojego pokoju.

    31. Zapis fonetyczny: "Dawaj pieniądze".

    32. Dawaj więcej.

    33. Zapis fonetyczny: "Czego chce kozak, pieniędzy?".

    34. Czerwonym krzyżem.

    35. Pan Kapelan.

    36. Po klęskach odniesionych w Galicji Wschodniej i pod Lublinem, armie austro-węgierskie 13 września 1914 r. wycofały się za San. Posiłki w sile dwóch korpusów: austriackiego gen. Heinricha Kummera von Farkerfell i niemieckiego gen. Remusa von Woyrscha nie potrafiły powstrzymać naporu Rosjan. W wyniku walk z korpusem niemieckim pod Janowem Lubelskim w dniach 11-12 września Rosjanie przekroczyli San pod Ulanowem i Niskiem. 13 września zdobyli Sandomierz. 16 września wojska carskie podeszły pod twierdzę Przemyśl, 20 września zajęły Jarosław, a 22 września Rzeszów. Zwycięska ofensywa Rosjan utknęła dopiero na linii Nidy i Dunajca, a na południu Austriacy umocnili się w Karpatach, broniąc dostępu do niziny węgierskiej. Wojna przybrała charakter pozycyjny. W trakcie bitwy galicyjskiej Austriacy stracili 326 000 żołnierzy, w tym 100 000 jeńców. Straty rosyjskie szacuje się na ok. 230 000 żołnierzy, w tym 40 000 jeńców.

    37. Kirk-Kilisse, obecnie Kirklareli, w języku bułgarskim Lozengrad, twierdza i miasto w Tracji, na wschód od Adrianopola na terenie Turcji. Tu rozegrała się bitwa między wojskami bułgarskimi: 1 i 3 Armią oraz samodzielną dywizją kawalerii pod dowództwem gen. Michaiła Sawowa, a czterema korpusami i samodzielną dywizją kawalerii Tureckiej Armii Wschodniej Abdullacha Paszy w dniach 22-23 października 1912 r., podczas I wojny bałkańskiej. GenerałSawow główne zadanie, polegające na zdobyciu Kirk-Kilisse, powierzył 3 Armii gen. Radko Dymitriewa. 3 Armia, o której Turcy nie wiedzieli, niespodziewanie zaatakowała w bok korpusów, rozwijających natarcie przeciw 1 Armii. Zaskoczeni Turcy uciekli w bezładzie z pola walki. 24 października 1912 r. 3 Armia weszła do opuszczonej twierdzy.

    38. Radko Dymitriew, właściwie Rusko Dimitrow Ruskow /1859-1918/, generał bułgarski i rosyjski. W 1885 r. dowodził pułkiem w wojnie bułgarsko-serbskiej. Z powodu udziału w spisku przeciwko ks. Aleksandrowi I w latach 1886-1899, przebywał na emigracji w Rosji. Bohater I i II wojny bałkańskiej 1912 i 1913 r., dowódca 3 Armii, a następnie zastępca naczelnego wodza. W I wojnie światowej na służbie rosyjskiej, dowodził m. in. 3 i 12 Armią.

    39. Ks. Dominik Radziwiłł, ostatni właściciel Balic.

    40. Pradziad współczesnego nam, redaktora Janusza Burka.

    41. Fonetyczny zapis zdania w języku ukraińskim: "W tej chwili rozkażę wszystkich mężczyzn wyprowadzić i rozstrzelać".

    42. Szampan.

    43. "Ja mam przepustkę państwową".

    44. "Odjeżdżaj-odjeżdżaj".

    45. Anglez dawniej marynarka, długi surdut.

    46. Dr Henryk Friser, adwokat żydowskiego pochodzenia, pełnomocnik hr. Agenora Gołuchowskiego, w 1923 r. Przewodniczący Rady Powiatowej w Lubaczowie, komisarz rządowy, członek Tymczasowego Wydziału Powiatowego, od 1928 r. prezes Powiatowego Towarzystwa Szkoły Średniej, działacz społeczny i gospodarczy.

    47. Kazimierz Krzanowski c. k. radca sądu w Lubaczowie.

    48. Kurenda [łac. currenda = (rzeczy) mające obiegać] zawiadomienie, zarządzenie. W tym przypadku: z urzędu, z obowiązku

    49. Mieszczanin lubaczowski narodowości ukraińskiej.

    50. Protojerej starszy wśród prezbiterów (jerejów - kapłanów w Kościele Wschodnim). Wszyscy prezbiterzy są sobie równi, a wszelkie pierwszeństwo jest honorowe, spowodowane wiekiem, zasługami lub pełnioną funkcją.

    51. W wolnym tłumaczeniu, jeśli fonetyczny zapis jest prawidłowy: "rzadko czesz diabła"(?).

    52. Fonetyczny zapis nazwy miasta Taganrog, leżącego w europejskiej części Rosji, nad Morzem Azowskim, na zachód od Rostowa nad Donem.

    53. Jego Imperatorska Wysokość Książę Mikołaj Orenburski.

    54. Z języka rosyjskiego istinno = prawdziwie, istotnie.

    55. Nabożeństwo odprawiane około 7.30, tuż przed zorzą poranną.

    56. Z języka rosyjskiego ujezd = powiat.

    57. Miejscowość nad Sanem na północ od Przemyśla.

    58. W 1850 r. Przemyśl zostaje wytypowany przez austriacką Centralną Komisję Fortyfikacyjną, jako miejsce budowy twierdzy, która ma stanowić wspólnie z Krakowem i Lwowem (umocnień Lwowa szybko zaniechano) jeden z głównych elementów systemu obronnego Galicji. O znaczeniu strategicznym Przemyśla zdecydowało jego położenie geograficzne, na szlaku łączącym dorzecze Dniestru z dorzeczem Wisły i na drodze łączącej Lwów z Węgrami przez Przełęcz Dukielską. Już 18 września 1914 r. pierwsze oddziały 3 Armii gen. Radko Dimitriewa podeszły na przedpola twierdzy, zamykając szczelnie pierścień oblężenia do 26 września. Pierwszy etap osamotnionej walki załogi Przemyśla, zakończył się 9 października wraz z nadejściem odsieczy 3 Armii austriackiej. 9 listopada Rosjanie ponownie otoczyli twierdzę, a w niej 135 000 żołnierzy, 18 000 cywili, 2000 jeńców, częściowo chorych na cholerę. Początkowo twierdzę blokowały trzy armie rosyjskie: 11, 3 i 8. Z czasem oblężenie w całości przejęła 11 Armia gen. Seliwanowa. Obrona Przemyśla wiązała znaczne siły rosyjskie, uniemożliwiając im całkowite rozbicie wojsk austro-węgierskich w trakcie odwrotu. Dała też niezbędny czas na reorganizację i przygotowanie kontrofensywy. Komendant twierdzy Przemyśl gen. Hermann Kusmanek von Burgneustadten w wyniku wyczerpania się sił i środków, po wystrzelaniu do końca zapasów amunicji i zniszczeniu twierdzy, 22 marca 1915 r. zakończył obronę. Przemyśla.

    59. Zapis fonetyczny wyrazu rosyjskiego: źle.

    60. Rusycyzm: prawdziwie, istotnie.

    61. Rusycyzm: siostrami.

    62. Wyraz francuski, nazwa przedstawiciela dyplomatycznego, specjalizującego się w danej dziedzinie, w tym wypadku attache wojskowy.

    63. Szef Sztabu Generalnego niemieckich sił zbrojnych Erich von Falkenhayn przygotował na wiosnę 1915 r. potężne uderzenie na Rosjan pomiędzy Beskidami a Wisłą. Ofensywę podjąć miała nowo utworzona 11 Armia niemiecka gen. Augusta Mackensena i 4 Armia austro-węgierska arcyksięcia Józefa Ferdynanda, w sile 1.300 tys. Żołnierzy. Armia rosyjska liczyła 1.800 tys. żołnierzy, jednak w rejonie uderzenia pomiędzy Tarnowem a Gorlicami Państwa Centralne dysponowały 20 dywizjami przeciw 17. Po czterogodzinnym przygotowaniu artyleryjskim rankiem 2 maja 1915 r. Austriacy i Niemcy natarli pod Gorlicami. W ciągu trzech dni przełamali trzy rosyjskie linie obronne i zmusili Rosjan do odwrotu na froncie o szerokości 150 km, 15 maja stanęli nad Sanem, 3 czerwca zajęli Przemyśl, a 22 czerwca wkroczyli do Lwowa. W trakcie tej operacji 12 czerwca Korpus Kombinowany gen. mjr. Behra przeprawiając się przez Lubaczówkę u jej ujścia do Sanu, rozpoczął ofensywę na wschód wzdłuż jej brzegów. Patrz: Jan Bańbor, Bitwa o Lubaczów w 1915 r., Rocznik Lubaczowski, t. VII, 1997, s. 95 – 107.

    64. Z języka rosyjskiego:"źle strzelają".

    65. Facjata (wł. facciata = fasada) środkowa część ściany frontowej budynku wysunięta ponad gzyms.

    66. Podczas walk w Galicji Wschodniej Lubaczów znalazł się na szlaku działań bojowych X Korpusu Hannowerskiego, który wchodził w skład 11 Armii gen. Augusta Mackensena. Korpus ten tworzyły 19 i 20 Dywizja Piechoty. Już wieczorem 15 czerwca 1915 r. Hannowerczycy uderzyli przed Lubaczowem na bardzo silną pozycję rosyjską, która otaczała miasto od zachodu i południa oraz osłaniana była przez biegi wodne i obszary bagienne. Ponadto wzgórza za Lubaczowem były umocnione kilkoma rzędami okopów. Nieprzyjaciel przygotował się tutaj do stawiania zaciętego oporu i użył oddziałów syberyjskich, charakteryzujących się szczególną zaciekłością w walce i stoickim spokojem. W wyniku tego 20 DP jeszcze w nocy przerzuciła przeważającą część swoich sił przez Lubaczówkę w kierunku wschodnim i płd.- wsch. od miasta. Jedynie 79 pp pod dowództwem płk Voigt-Rhetza pozostał na płd.- zach. miasta. O godzinie 10.00 zasadnicze siły dywizji przystąpiły do uderzenia na płd.- wsch. skraj obrony rosyjskiej i w kierunku wzgórz na wschodzie miasta. 79 pp przystąpił do ataku z kierunku płd.- wsch. Mieszany oddział von Dewalla z 19 DP miał później podejść od strony Borchowa, lecz w wyniku rozwoju sytuacji w Lubaczowie interwencja jego była zbyteczna. 20 DP wspierana ogniem całego korpusu hannowerskiego wykonała część zadania przy gwałtownym przeciwdziałaniu ze strony nieprzyjaciela. Generał von Emmich zameldował dowódcy armii gen. płk. von Mackensenowi o trwałym oporze stawianym przez przeciwnika i o wykonaniu planowanego szturmu na miasto dopiero w godzinach popołudniowych 16 czerwca. O 13.30 Hannowerczycy szturmem zdobyli Lubaczów i wzięli do niewoli około 1000 Rosjan. Jeszcze przed zachodem słońca stanowiska za miastem znalazły się w rękach Niemców, którzy niezwłocznie napierając w kierunku wschodnim aż w okolice Nowego Brusna już wieczorem zabezpieczyli lewe skrzydło głównych sił 11 Armii. Patrz: Jan Bańbor, Bitwa o Lubaczów w 1915 r., Rocznik Lubaczowski. T. VII, 1997, s. 95 – 107.

    67. Cholera jest to ostra zakaźna i zaraźliwa choroba jelit, wywołana przez bakterie - przecinkowce cholery (vibrio cholerae). Ludzie ulegają zakażeniu drogą pokarmową, najczęściej pijąc zanieczyszczoną wodę, lub spożywając zakażoną żywność zwłaszcza owoce i jarzyny, lody, małże, krewetki i inne tzw. owoce morza. Rzadziej dochodzi do zakażenia przez styczność z chorą osobą i jej otoczeniem, kiedy przecinkowce przenoszone są przez zanieczyszczone ręce.

    68. Dr Stanisław Konera urodził się w 1883 r. w Bochni. Był absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego. W latach 1901-1921 pełnił funkcję dyrektora Szpitala Powszechnego w Lubaczowie. Był społecznikiem, działaczem Towarzystwa Szkoły Średniej, współorganizatorem Kursów Gimnazjalnych w Lubaczowie. Zmarł w 1921 r., zarażając się chorobą zakaźną od swoich pacjentów. Spoczywa na Cmentarzu Komunalnym w Lubaczowie. Patrz: Jerzy Tabaczek, Ulice bez tajemnic, Jednodniówka. Lubaczów 2001, s.19.

    69. Kahał (kahal, kehilla - "gmina, kongregacja, zbór"), specyficzne dla Polski określenie żydowskiej organizacji gminnej, której autonomia obejmowała sprawy religii, kultu, sądownictwa, pomocy społecznej, a także zbiór podatków na rzecz państwa. Na czele kahału stali tzw. raszim - reprezentanci wobec władz państwowych. W okresie porozbiorowym autonomia kahału została znacznie ograniczona i sprowadzona głównie do spraw religijnych i pomocy społecznej.

    70. W dniu ś. Anny 26 lipca 1915 r. cała parafia lubaczowska wzięła udział w procesji błagalnej "o odwrócenie strasznej choroby". Kobiety w strojach żałobnych z rozpuszczonymi włosami niosły na miejscowy cmentarz obraz św. Anny z kościoła p. w. św. Stanisława. Tu po modlitwie i okolicznościowym kazaniu wzięli mężczyźni kolosalny dębowy krzyż i zanieśli na plac na Żelichówce. Tam krzyż wkopano i poświęcono ziemię pod nowy cmentarz. Patrz: Zenon Swatek, Czerwiec 1915 r. w Lubaczowie, Jednodniówka. Lubaczów'95, s. 6.

    71. Kazimierz Doening naczelnik Urzędu Pocztowego w Lubaczowie.

    72. Marian Elektorowicz sędzia powiatowy w Lubaczowie.

    <:: Powrót

    Do góry Wszystkie prawa zastrzeżone. All rights reserved © 2001-2007
    .