::> Menu
  • Strona główna
  • Zdjęcia
  • Historia
  • Pamiątki
  • Pocztówki
  • Wspomnienia
  • Kroniki
  • Rejestr
  • Cmentarz
  • Litografie
  • Marian Kopf
  • FODZ
  • Listy
  • O stronie
  • Kontakt
    ::> News
  • Szkolenie Wojewódzkie Lubelska jesziwa
  • Ogólnopolska prezentacja Synagoga Nożyków w Warszawie
  • Wizyta Rabina (15 Listopad 2006)
    ::> Konkursy
  • Konkurs 2005/2006
  • Konkurs 2006/2007
    ::> Warto zajrzeć
  • Nasze gimnazjum
  • Lubaczow
  • Fodz.pl
  • Centrum Windows
  • Część pierwsza i druga | Część trzecia | Część czwarta

    ::> Wspomnienia - Marian Kopf - część czwarta

         Nowy rok rozpoczął się od liczenia, ile miesięcy minęło od ostatniego wywozu, tj. 5 lipca 1940 r. czyli pół roku, przy stałej ciągłej niepewności jutra. Ludzie zadawali sobie pytanie czy jest to możliwe, że już. nie będzie więcej wywozów? Jeszcze w minionym roku jedna żinka komandira powiedziała do swoich gospodarzy w wielkiej tajemnicy, że w Sowieckim Sojuzie jest tak, że w pasie 50 km od granicy ludzie obcy, tj. nie Sowieci nie mogą mieszkać, żeby szpiedzy nie mieli ułatwionego działania, przechodzenia przez kordon, że jeszcze w latach 1936-1937 z terenów zachodniej granicy ZSRR zostali wywiezieni do Rosji azjatyckiej wszyscy Polacy, setki ich tysięcy, a nas wszystkich prędzej, czy później to samo czeka.
         Tak więc los nasz w Lubaczowie byt już przesądzony, a sprawa deportacji była tylko kwestią czasu, nie pozostawiała więc żadnej nadziei. Wielu ludzi nie chciało po prostu w to wierzyć mówiąc; jakim prawem te przeklęte czubaryki mają nas wywozić tysiące kilometrów z naszej ojcowizny skazując na nędzę i śmierć, na okrutną niewolniczą pracę, gdzie mrozy dochodzą do -60° C, gdzie w lecie przed owadami człowiek musi mieć zasłoniętą twarz i ręce nie mając przy tym czym tego zrobić. Pozostawała tylko rozpacz na co dzień i czekanie na to najgorsze, przed którym nic było żadnego ratunku ucieczki. Tylko o tym myśleliśmy wszyscy codziennie. Nigdy nie mogłem się pozbyć tego widoku, jak 13 kwietnia i 29 czerwca 1940 r. żołnierze NKWD z psami pędzili do wagonów tych nieszczęsnych ludzi, jaki był krzyk, płacz i ujadanie tych psów. Od tego czasu każdej nocy nawet przy zamkniętych oczach widziałem te sceny przemocy i barbarzyństwa XX wieku. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że hitlerowcy masowo wysiedlali ludność polską z terenów, które zostały włączone do III Rzeszy, ale w tym wysiedlaniu była jednak zasadnicza różnica, bo wysiedlano tylko do Generalnego Gubernatorstwa, czyli na inne tereny byłej Polski.
         Nasz dom i piekarza Białozorskiego znajdował się między domami żydowskimi z wszystkich stron, dlatego też sąsiedzi Żydzi prawie codziennie przychodzili do nas, do dziadków przekazując w zaufaniu różne polityczne nowości. Mówili, że od pobytu w Berlinie ministra spraw zagranicznych Mołotowa (listopad 1940 r.), w rozmowach z Hitlerem coś się popsuło między niedawnymi sojusznikami tj. Stalinem i Hitlerem, że oni wiedzą to nie tylko z wiadomości radiowych BBC ("Tu mówi Londyn, podajemy wiadomości dobre czy złe, ale zawsze prawdziwe", tak zapowiadał angielski spiker), ale również poznają po minach "ruskich", a tu zima w pełni i duży mróz, wielki śnieg, buty dziurawe.
         Od czasu do czasu dowiadujemy się, że kogoś aresztowano z różnych powodów, a najczęściej, że ktoś coś powiedział na znienawidzonych okupantów, a ktoś inny doniósł niestety w imię miłości bliźniego.
         Sąsiad Żyd mówił, jak taki mały kraj, Grecja bije "Italiańców", którzy pierwsi na nią napadli jako sprzymierzeńcy Hitlera, a druga, zła wiadomość, że jeszcze w lutym czy marcu Niemcy zaszli aż do Afryki i tam bardzo biją Anglików: "Co ten Hitler już całkiem zwariował, cały świat chce zabrać czy co?" Wtedy robił te swoje trzykrotne tfu, tfu, tfu na dwie strony od siebie, takie odpędzanie od siebie nieszczęścia. Żydzi zawsze tak postępowali, gdy było cos złego dla nich.
         Dochodziły też do nas wiadomości ze Lwowa i z dalszych okolic. Wszędzie to samo, wielki terror, tiurma za byle co, rozpacz i beznadziejność. Również dowiadywaliśmy się nowych dalszych szczegółów z tragicznej kampanii września 1939 r., jak to Sowieci okłamywali żołnierzy polskich, że idą na pomoc Polsce i jak tylko złożą broń, to ich puszczą wolno do domów. Kiedy uwierzyli i złożyli broń przed Czerwoną Armią, to natychmiast obstawili ich strażą i pod karabinami pędzili dziesiątki kilometrów, a potem wywozili pociągami w głąb Rosji Sowieckiej.
         Było to w marcu, właśnie malowałem kolejną reklamę do kina, gdy nagle do mieszkania weszło trzech rosłych enkawudzistów, mojej matce Bronisławie zabrali paszport, co było zapowiedzią wszystkiego najgorszego. Zdziwieni byli, że to ja jestem tym co maluje reklamę kinową, która wisi na ulicach i w rynku. Otwierali szuflady, szafę, sprawdzali książki jakie były, czy nie ma książek o Piłsudskim, byli bardzo długo, myśleliśmy, że to już nasz koniec.
         NKWD odbierało paszporty tym Polakom, którzy mieli niemieckie nazwiska, o czym dowiedzieliśmy się później, w tym czasie bez paszportu było niebezpiecznie chodzić nawet po ulicach. Tak więc nasz Żyd, sąsiad miał rację mówiąc o pogorszeniu stosunków państwowych miedzy Niemcami a Sowietami. Wtedy nie mogliśmy jeszcze wiedzieć, że już od jesieni 1940 r. Niemcy zaczęli skrycie podwozić swoje wojska pod granicę, a Sowieci robili to samo. Z uwagi na to, że transporty kolejowe z wojskiem jechały już tysiące kilometrów z dalekich obszarów Rosji azjatyckiej i do tego celu potrzebny był dla wojska cały tabor kolejowy, dlatego też nie było dalszych wywozów, deportacji naszej ludności cywilnej, gdyż po wyładowaniu wojska, natychmiast wyładowane wagony pędziły z powrotem po nowe oddziały wojskowe, bez straty czasu. To była ta wielka a nieznana nam tajemnica o braku wywozów przynajmniej na razie, ponieważ transportowanie deportowanej ludności było zawsze związane ze stratą czasu tak bardzo potrzebnego do przygotowań wojennych, które w tym wypadku miały pierwszeństwo i były bardzo pilne w czasie, ponieważ ze wszystkich stron dochodziły wiadomości o niebezpieczeństwie wojny.
         Jak tylko minęły mrozy, zaraz rozpoczęły się przerwane prace przy budowie bunkrów. Znajomy Żyd powiedział nam, że "te ruskie" co z końcem lata 1940 r. przyjechali do Lubaczowa i na stacji kolejowej koczowali przez kilka dni, to byli więźniowie z łagrów, którzy zostali zmobilizowani do "wojska-łopaty". Powiedziano im, że jak będą dobrze pracować to zostanie darowana im kara łagru, a jeśliby któryś chciał uciekać, to czeka go tylko kula w łeb i wysianie całej rodziny do łagru. Oni i tak nie mieli gdzie uciekać. Budowali betonowe schrony bojowe, tzw. bunkry na całej zachodniej granicy. Od ludności cywilnej byli separowani, nie wolno im było oddalać się od miejsca pracy, pilnowani byli przez straże. Pracowali na zmianę dzień i noc bez względu na pogodę, deszcz. W nocy świeciły reflektory aut. Robotnicy ci nazywani byli: czarnorobocze wojsko od łopaty. Wszyscy ci robotnicy mieli numery i zwykłe cywilne ubrania. Praca przy budowie betonowych schronów bojowych była bardzo ciężka. Wtedy gdy te bunkry były budowane, ci gospodarze, na których polach się to działo oraz inni rolnicy, mający swe pola w sąsiedztwie, nie mogli nawet zbliżyć się do nich, bo straże zaraz .strzelały do góry, aby ich odpędzić. Tak opowiadali ludzie ze wsi, którzy do nas przychodzili. Jeszcze w 1939 r. ludzie mieszkający w bezpośredniej bliskości granicy zostali wysiedleni ze swoich gospodarstw, to były pierwsze ofiary granicy. Nasi ludzie budowę tych bunkrów tłumaczyli sobie tym, że Sowieci boją się Niemców. W zimie, jak były mrozy, prace ze względu na cement, który był głównym budulcem, zostały przerwane. Kolejarze mówili, że przez stację Przemyśl jadą do Niemiec wielkie transporty towarów, żywności i cysterny z ropą naftową.
         Tej zimy mój nauczyciel rysunków Iwan Żuk, który mieszkał w dzielnicy Piaski zapraszał mnie kilkakrotnie do swego domu, gdzie pokazywał swoje obrazy, tłumaczył ich malarską wartość, w ogóle opowiadał mi o historii sztuki i o kierunkach w malarstwie, które przed wybuchem II-giej wojny światowej miały miejsce w Europie i na świecie. Zawsze przynosiłem mu .swoje prace malarskie do oceny i długo rozmawialiśmy na temat malarstwa. Dzisiaj po długich latach z wdzięcznością wspominam jego życzliwy stosunek do mnie.
         Nocami słychać było strzały karabinowe od strony granic, i po tym ludzie widzieli, jak granicznicy prowadzili złapanych na granicy mężczyzn, czasem kobietę. Sami granicznicy jechali na koniach, a w środku prowadzili idących szpiegów ze związanymi rękami. Był to częsty widok w mieście, który miał swoją wymowę.
         Na wiosnę nastąpiły wielkie roztopy i błoto. Na jezdni, na drogach były ogromne dziury po czołgach jeszcze z 1939 r. i nikt tych dziur nie naprawiał. Jak ktoś zachorował, musiał się leczyć sam za pomocą medycyny ludowej. Był ruski felczer i lekarze Żydzi, ale ludzie nie mieli pieniędzy. Ten felczer najczęściej przepisywał do picia nadmanganian potasu jako lek, straszne! Skutki wiadome. Zamiast leków z apteki, były zioła z naszych pól i łąk. W mieście i w terenie były aresztowania tych co usiłowali zakładać organizacje niepodległościowe, ale brak elementarnego poczucia ostrożności i nieznajomość zasad konspiracji oraz naiwność kończyły się tragicznie, a zdrada dopełniała reszty. W kwietniu matka, w sprawie odebranego jej przez NKWD paszportu, poszła na skargę do naszego sąsiada prokuratora Halczenki, którego żona i dzieci przychodzili do nas po żywność. Na interwencję tego prokuratora będącego w Lubaczowie ważną postacią polityczną (żona z pochodzenia Polka, miała na imię Franciszka), NKWD oddało matce paszport tłumacząc się, że stało się to przez pomyłkę. Prokurator dobrze wiedział o tym, że maluję reklamy dla kina, które spełniało wtedy bardzo ważną rolę propagandową.
         Marian Janiszkiewicz i Bronisław Dorota przekazali mi uratowane z Polskiej Czytelni w 1939 r. książki malarskie, które przepadły w czasie wojny. W domu po pracy i po lekcjach w szkole, aby choć na chwilę zapomnieć o tym co nas czeka, usiłowałem rysować i malować. Któregoś dnia w kwietnia dowiedzieliśmy się, że Niemcy uderzyli na Grecję i Jugosławię, a co najgorsze, że znowu odnieśli zwycięstwo, wszystkich pobili i zajęli te kraje. Wszystkie wiadomości z wiadomych względów były opóźnione w czasie. Teraz już Żydzi przestraszyli się bardzo i mówili: Co to będzie dalej, czy już na tego Hitlera nic ma siły, żeby on tak hulał?
         Od tego czasu coraz częściej zaczęli ludzie mówić o wojnie, jak o jakiejś nadziei, ale zaraz przychodziła refleksja, jaka będzie nasza sytuacja w Lubaczowie, jak któregoś dnia te dwie wielkie potęgi wojskowe uderzą na siebie, a my przy granicy w środku pomiędzy nimi, to z miasta zostanie tylko kamień na kamieniu, kupa gruzu, a my pod tymi ruinami. W odwiedziny do mego dziadka przychodził od czasu do czasu jego kolega z wojska austriackiego o nazwisku Kaszuba, zamieszkały w Niemirowie, który miał zamężną córkę w Lubaczowie. Kiedy przyjeżdżał do niej, zawsze odwiedzał dziadka. Opowiadał dużo ciekawych rzeczy, a ja chętnie się temu przysłuchiwałem. Mówił, że w Niemirowie i jego okolicy jest dużo wojska i czołgów, ale że to nie jest zwykłe wojsko, a tak zwane "oddziały zaporowe" - po rusku - "zagrodnyje otriady". Wiadomość ta wzbudzała obawę, co się będzie działo, biorąc pod uwagę, że wojska niemieckie zdobyły już prawie całą Europę, kiedy uderzą na Związek Sowiecki, co wtedy zostanie z Lubaczowa?
         Już od kwietnia, w dni pogodne i słoneczne pojawiały się na dużej wysokości nad miastem pojedyncze samoloty, których przedtem nigdy nie było, w słońcu były całkiem białe. Sowieckie samoloty nie latały nad Lubaczowem przed wybuchem wojny. Rosjanki, żony komandirów stały, patrzyły i mówiły, że ich samolotom nie wolno latać nad granicą z Giermańcem. Mówiły: Nawierno eto giermańskie litaki i bały się czy nie będzie wojny. Wtedy matka Bronisława przypominała sobie, że w 1915 r. w lecie, na bardzo dużej wysokości, leciał nad Lubaczowem niemiecki balon-sterowiec Zeppelin, wydawał taki charakterystyczny szum-jęk, wszyscy się bali i w niedługim czasie Niemcy uderzyli na Rosjan w ramach kolejnej ofensywy niemiecko-austriackiej. Samoloty te latały często aż do samego wybuchu wojny, ale Sowieci do nich nie strzelali.
         Z początkiem maja znajomi dowiedzieli się od kolejarzy, że nocą na stacje przyjeżdżają jakieś transporty i wtedy naszym kolejarzom nie wolno było wychodzić z budynku, aż do odjazdu ze stacji tych transportów kolejarze byli pilnowani przez żołnierzy. Któregoś też dnia majowego w szkole nie odbyły się lekcje rysunków. Początkowo nie wiedzieliśmy dlaczego, dopiero później okazało się, że nasz nauczyciel Iwan Żuk i drugi nauczyciel Włodzimierz Lewicki zostali aresztowani przez NKWD. Okazało się też, że w tym samym czasie razem z nimi zostało aresztowanych jeszcze więcej innych osób w mieście, na Piaskach, na ul. Kolejowej, na ul. Szaszkiewicza (Młyńska), Za Przekopem. Jeszcze w marcu nasz niedaleki sąsiad Bronisław Bernacki oraz syn sąsiada Kormana, Majer Korman dostali wezwanie do wojska, z którego już nigdy po wojnie do domu nie wrócili. Wtedy nastąpiła mobilizacja 4 roczników z Lubaczowa powołanych do wojska sowieckiego. W maju rozeszła się wiadomość, że z Niemiec do Anglii poleciał Hess, zastępca Hitlera. Nikt nie mógł wiedzieć co to oznacza, po co miał tam lecieć, skoro Niemcy z Anglią były w sianie wojny i to po wielkiej już bitwie powietrznej z 1940 r. (tzw. bitwa o Anglię), w której Niemcy dokonali wielkich bombardowań całej Anglii. Ten kapitan, który u nas mieszkał, powiedział: Ten Hess uciekł od Hitlera, bo wiedział, że Niemcy tę wojnę muszą przegrać.
         Również w maju doszła do nas wiadomość o nowym zwycięstwie Niemców nad Anglikami i zajęciu przez nich wyspy Krety. Początkowo, w nocy po ulicach chodziły patrole milicji, teraz chodziły już patrole wojskowe, po trzech, czterech żołnierzy z bagnetami na karabinach, co wyglądało bardzo groźnie. Na ulicach panowały ciemności, ponieważ obowiązywało zaciemnienie i zakaz poruszania się po ulicach. Pewnego razu został aresztowany przez taki nocny patrol Karol Małecki mieszkający w domu naprzeciw cmentarza, za to tylko, że nic widząc w ciemności patrolu próbował przejść od furtki do furtki sąsiada. Zarzucili mu chodzenie po nocy i mówili, że po nocy chodzą tylko złodzieje albo szpiedzy. Matka aresztowanego przyszła z tą wiadomością do mego dziadka Franciszka Lady, z kolei babcia prosiła żonę prokuratora Halczenki o interwencję w tej sprawie. W rezultacie tego Karol Małecki w niedługim czasie został wypuszczony.
         W pierwszej dekadzie maja gazeta "Prawda" podała, że J. Stalin został mianowany głównym dowódcą Armii Sowieckiej, co było bardzo ważnym wydarzeniem państwowym. W trzeciej dekadzie maja został wydany zakaz wjazdu do rejonów nadgranicznych wszystkim osobom spoza tego obszaru, w którym to rejonie leżał Lubaczów. W miesiącu maju również z naszego domu wyjechał nagle z rodziną Sowiet Woron, który mieszkał u nas od roku i zaraz na to miejsce sprowadzili się inni Sowieci z rodzinami, kapitan Kuszański oraz inż. Brecher. W sumie w domu dziadków mieszkały trzy rodziny Sowietów.
         W tym też czasie, będąc niedaleko tartaku i torów kolejowych, zobaczyłem jadący od strony wschodniej, tj. od Baszni, jakiś dziwny pociąg. Kiedy podjechał bliżej stwierdziłem, że jest to pociąg pancerny. Był to bardzo ciekawy widok. Pociąg ten miał w samym środku lokomotywę, też pokrytą blachami pancernymi, z dwóch stron lokomotywy wagony artyleryjskie z grubymi lufami i jeszcze jakiś inny wagon. Z dwóch stron całego pociągu były też dwie platformy załadowane gruzem. Cały pociąg pomalowany był na kolor ciemno-zielony bez wzorów maskujących. Widok tego żelaznego potwora był bardzo groźny, niesamowity, wzbudzał strach lufami skierowanymi w moim kierunku. Długo byłem pod wrażeniem tego widoku i próbowałem nawet rysować i malować tego potwora.
         Od drugiej połowy maja, przez trzy tygodnie stale padały deszcze. W tym też czasie był zwołany w trybie pilnym miting w kinie, na którym zostało przekazane zarządzenie, że wszyscy mieszkańcy miasta w wieku od 16 do 50 lat, z każdego domu po dwie osoby, mają się stawić na Hryńkowie o godzinie 6 rano w oznaczonym dniu. Każdy ma przynieść własną łopatę do kopania. Nie powiedzieli jednak do kopania czego? Obecność będzie sprawdzana, kto nie przyjdzie zostanie surowo ukarany. Na plac przed stacją kolejową w punkcie zbornym, zajeżdżały podwody chłopskie, tam zbierali się ludzie z łopatami i potem jechali tymi wozami na Hryńków przed Dachnowem, do kopania. Ciągle jednak padał deszcz i ludzie nie bardzo wzięli sobie do serca to kopanie, dlatego też do domów doręczono kartki, na których zostały imiennie wyznaczone osoby do roboty i na końcu zapis o surowym ukaraniu za niestawienie się. Kartki roznoszone były przez milicję, tak więc w końcu musieli ludzie iść do tego kopania. Przed samym Hryńkowem, po prawej i lewej stronie drogi był wyznaczony kilkusetmetrowej długości teren do wykopania dołu przeciwczołgowego, szerokiego do trzech metrów i głębokiego na ponad dwa metry. W tamtym czasie ludzie nie mieli płaszczy przeciwdeszczowych, parasole nie mogły mieć zastosowania przy kopaniu, ludzie więc okropnie mokli i klęli. Milicja pilnowała czynności tego kopania i sprawdzała imiennie kto przyszedł, a kto nie przyszedł. W efekcie kilkaset osób: kobiety, mężczyźni a nawet Żydzi machali tymi łopatami, a ziemia z powodu deszczu zamieniała się w błoto, co jeszcze bardziej utrudniało tę ciężką pracę, co chwilę ludzie stawali, wycierali pot i wodę z twarzy. Wiele znajomych osób pochorowało się i dostało gorączki z przeziębienia. Milicja zaczęła sprawdzać po domach, czy osoby wyznaczone do kopania pozostają w domach, czy pojechały na Hryńków, a tam na miejscu inni sprawdzali obecność oddzielnie. Nawet na ulicach młodzi byli zatrzymywani i sprawdzani czy są na liście do kopania. To była sprawa, która na mieszkańców miasta spadła jak jakaś dodatkowa klęska. Miejscowi konfidenci znali ludzi najlepiej, to oni właśnie najczęściej szukali, wchodzili na podwórza, obserwowali. Ci, którzy zostali wyznaczeni do tego kopania, wracali wieczorem brudni, ogromnie zmęczeni, a od łopaty na dłoniach mieli pęcherze. Fakt kopania dołu przeciwczołgowego za miastem, aby czołgi niemieckie nie mogły przejechać nie wymagał już żadnych komentarzy, sprawa była jasna, wojna "wisi w powietrzu" już z całą pewnością, tylko ludzie starzy zastanawiali się kiedy, przed żniwami czy po żniwach, raczej przed, bo zbiory zbóż będą ważną zdobyczą dla zwycięzcy. Psychoza wojenna ogarnęła wszystkich, może okupanci nie zdążą nas wywieźć? Wojna jako jedyny ratunek, albo śmierć. Pod jej wpływem już z końcem maja, niektóre żinki komandirów razem z dziećmi wyjeżdżały z kwater od gospodarzy, z powrotem do Rosji. Jeden z moich kolegów szkolnych mieszkał na Piaskach naprzeciw szpitala po drugiej stronie drogi. W tym czasie szpital stał w lesie sosnowym i wokół nie było żadnych budynków. Kiedy na początku czerwca przyszedłem do niego, zobaczyłem, że w lasku szpitalnym są wykopane okopy, a na nich kopuła pancerna w kształcie żelaznego walca, z małymi otworami, okienkami do obserwowania przedpola, a na łąkach, od mostu na rzece za szpitalem wielowarstwowe zasieki. Dowiedziałem się później, że było to miejsce dla dowódcy tego odcinka. Okopy z zasiekami były na skraju lasku i na całym jego obszarze. Tu gdzie dzisiaj z tyłu szpitala jest uliczka Leśna i stoi dużo domów, nie było nic, tylko drzewa, las i okopy. Okopów tych, jeszcze bez wojska, pilnowały straże wojskowe. Po tych okopach mogłem chodzić dopiero po przejściu frontu, ale tylko od strony budynku szpitala, bo na przedpolu okopów przed zasiekami były miny. Jak już później zobaczyłem te łąki za szpitalem, które dochodzą do samej rzeki, były one uzbrojone w szeroki pas zasieków ciągnących się po obydwu stronach drogi do Dachnowa, szerokości kilku metrów, a same zasieki składały się z kilku rzędów i ciągnęły się aż do Bałaji. Natomiast na górce, gdzie są pola, i która schodzi stromą skarpą do łąk, na samym skraju tej górki od łąk, wybudowane były z grubych belek bunkry, wkopane w ziemię i ziemią przykryte. Górna warstwa belek składała się z kilku rzędów. Te drewniane bunkry, których w obrębie miasta było kilkanaście m.in. koło koszar, na Ostrowcu przed aleją Lipową itd. były przygotowane do obrony miasta. Tak więc strona północna miasta była już w pierwszym rzucie silnie ufortyfikowana i przygotowana do wojny. Bunkry drewniane zostały później po przejściu frontu rozebrane przez ludność na opał za zezwoleniem władz miejskich, natomiast bunkry betonowe stoją do dzisiaj jako pamiątki wojennej architektury z tablicami: "Obiekt wojenny nr.... wstęp wzbroniony". Na takim bunkrze we wsi Podemszczyzna jeden z gospodarzy, na którego posesji znajdował się taki obiekt wybudował sobie dom. Od znajomych dowiedzieliśmy się w tajemnicy, że radio Londyn podało wiadomość o koncentracji wojsk niemieckich i sowieckich, po obydwu stronach granicy niemiecko-sowieckiej. W tym czasie zwróciłem na ulicach uwagę na oficerów sowieckich, którzy mieli na lewym ramieniu naszywki znaku: "sierp i młot". Jak się niedługo dowiedziałem, byli to oficerowie polityczno-wychowawczy zwani inaczej "politrukami", którzy mieli czuwać w wojsku nad partyjną dyscypliną. To było takie wojskowe NKWD.
         Na początku czerwca na stacji kolejowej żołnierze wyładowali z wagonów wielką ilość prasowanej słomy w postaci takich paczek, prostopadłościanów wielkości ponad jednego metra i ułożyli z tej słomy od strony tartaku piramidę, prawie do wysokości budynku stacji. Nikt nie wiedział jakie przeznaczenie mogła mieć ta ogromna ilość tej prasowanej słomy, ale na pewno był to cel wojskowy. Kiedy Niemcy weszli na teren stacji kolejowej, podpalili tę piramidę, z czego powstał gigantyczny słup ognia i dymu unoszącego się na ogromną wysokość. W ten sposób dali znać swoim wojskom, gdzie się znajduje pierwsza linia bojowa. Z dnia na dzień napięcie nerwowe rosło. Codziennie, wokół spalonej bóżnicy gromadzili się w dużych grupach Żydzi i mocno gestykulując coś miedzy sobą wykrzykiwali przez cały dzień. Zachowanie ich było jakieś nerwowe. Sąsiad Żyd mówił: Co to jest z tym wszystkim? Stalin został główny ober, po co mu taki kłopot? Czy źle mu było do tej pory, ale on ma dobre kiepeły (po żydowsku głowa), co to się dzieje z tym wszystkim? Kahat żydowski już wysnuł z tego właściwy wniosek, że coś się szykuje dla nich niedobrego. Żydzi byli bardzo zaniepokojeni, że tyle wojska ciągle się "pcha" pod granicę, mówili: To musi być jakiś zły powód, bo wojsko jest tylko od tych złych spraw, tak by z tego wszystkiego wyglądało, że się szykuje jakaś większa bijatyka i zaraz czynili te swoje 3 razy tfu, tfu, tfu na dwie strony, żeby odpędzić to niebezpieczeństwo.
         Któregoś dnia stałem na ulicy koło kina. kiedy od wschodniej strony miasta nadjechało odkryte auto ciężarowe i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem w nim klęczących mężczyzn w mundurach sowieckich z rękami na karku, a obok z karabinami w rękach stali żołnierze NKWD, wieźli ich do siedziby NKWD. Od znajomego chłopa z Horyńca dowiedzieliśmy się później, że byli to dywersanci poprzebierani w mundury wojska sowieckiego, z którymi opodal granicy w rejonie Horyńca NKWD stoczyło walkę. Potem był pogrzeb żołnierza sowieckiego na cmentarzu lubaczowskim. Na grobie, zamiast krzyża został postawiony, zbity z desek, taki mały obelisk z czerwoną gwiazdą na górze. Za okupacji niemieckiej całkiem zniknął z cmentarza.
         Pewnej czerwcowej nocy usłyszeliśmy z ulicy wielki szum motorów. Zaraz wstałem i otworzyłem okno. Od strony miasta jechało coś ciężkiego na gąsienicach. W niedługim czasie zobaczyłem jadący wojskowy traktor, który ciągnął za sobą bardzo dużą armatę, całą przykrytą brezentem, po kształcie można było poznać, że jest to działo dużego kalibru, a świecił wtedy księżyc. Jechało sześć takich traktorów. Wszystkie przemieszczenia wojska odbywały się pod osłoną nocy. unikając na ogół dróg i bliskości granicy, szli polami. lasami, a mimo to ludzie i tak wiedzieli o tym. W nocy widok taki budził szczególny niepokój.
         Któregoś ranka zobaczyłem przy studni na naszym podwórku, mieszkającą u nas Rosjankę, brała wodę, razem z nią było kilka innych Rosjanek. Jedna z nich trzymała gazetę i coś bardzo głośno rozprawiały między sobą. Nie chciały nam nic powiedzieć, ale wiedzieliśmy, ze musiało stać się coś bardzo ważnego. Jeszcze tego samego dnia przyleciał dosłownie sąsiad Żyd König z gazetą "Prawda" z dnia 14 czerwca, gdzie był zamieszczony specjalny komunikat agencji TASS z 13 czerwca 1941 r., że Związek Sowiecki przestrzega paktu o nieagresji z Niemcami. Nie jest prawdą, że ma być wojna, że to imperialiści światowi głoszą takie plotki, bo to oni chcieliby wojny itp. Wobec faktów, jakie dookoła nas się działy, nikt w to nie chciał wierzyć. Sąsiad Żyd powiedział: To po co te bunkry, te okopy, te samoloty co latają, to kopanie dołu przeciw czołgom niemieckim, nasze gazety w 1939 r. też pisały, że wojny nie będzie, a co potem się stało? Tym doniesieniem gazety wszyscy byli bardzo wzburzeni.
         Psychoza wojenna w swej temperaturze znów się podniosła. Trudno było już się skupić na jakiejś pracy. Trwało wciąż Wielkie Czekanie na coś, co jest już nieuniknione, co nadchodzi, choć pomału, ale z dnia na dzień. Był wtorek 17 czerwca. Ku memu zdziwieniu zobaczyłem, że na pola za naszym ogrodem, gdzie biegła ścieżka a dzisiaj w tym miejscu stoi dom Pietrasiewicza, tj. między ul. Kopernika a wtedy drogą tartaczną (ul. Słowackiego), wszedł mały oddział żołnierzy, byli jeszcze w furażerkach, z łopatami, ale kilku z nich miało też karabiny. Jeden z nich coś pokazywał, potem zaczęli kopać ziemię. Byłem tym przerażony: Czy oni chcą tutaj bunkier budować? Zawiadomiłem o tym dziadków i matkę, wszyscy patrzyliśmy, co będzie z tym dalej. To kopanie trwało jakiś czas, może kilka godzin, może więcej. Jak odeszli, zostawili na kawałku żerdzi tabliczkę i napis, że nie wolno tu chodzić. Za jakiś czas poszedłem, zobaczyć co wykopali. Były to okopy w kilkakrotny zygzak, dość głębokie, może niecałe 50 metrów od naszego domu, nakryte gałęziami, imitującymi krzaki. Już po wojnie przeczytałem, że to 17 czerwca Hitler jako ostateczny termin araku na Soviet Union wyznaczył dzień 22 czerwca. Na drugi dzień, w środę okopy były puste, ale 19 czerwca zobaczyłem wystające z tych okopów głowy w hełmach. Na razie było tam dwóch żołnierzy, którzy chyba pilnowali tych okopów.
         W mieście atmosfera iście wojenna, a w kinie wyświetlany jest film pt. "Świat się śmieje" ze słynną aktorką Orłową w głównej roli. Nie tak dawno przeczytałem, że twórcy tego filmu, dwaj reżyserzy zostali na rozkaz Stalina aresztowani (czy wtedy też im było do śmiechu?). Oczywiście na reklamie kinowej namalowałem portret tej Orłowej, jak się śmieje, ale już do śmiechu nie było nikomu. To był ostatni film, jaki został wyświetlony w naszym kinie. W tym czasie pogoda była piękna, słoneczna, nadchodziło astronomiczne lato. Dowiedzieliśmy się, że już od połowy czerwca rozpoczęły się nowe deportacje ludności w głąb Rosji z terenów północnych od Lubaczowa, jak Rawa Ruska i dalej, że jacyś Żydzi stamtąd pouciekali. Na 4 dni przed wybuchem wojny przyszła do mojej matki jej znajoma z płaczem, że nie może jechać do chorej córki mieszkającej w Żółkwi. Pociągi nie jeżdżą już jak dawniej dla ludności cywilnej i nie ma prawa jechać, a przepustki jej nic dadzą. Pociągami mogły jeździć rodziny wojskowych. Jeszcze z początkiem czerwca z lubaczowskiego szpitala zostali usunięci wszyscy chorzy cywile, najciężej chorzy zostali przewiezieni dalej od granicy i od tego czasu nie byli przyjmowani żadni cywilni pacjenci. To było dowodem, że szpital został już przygotowany dla wojska, dla potrzeb wojny. W tym czasie na naszej stacji kolejowej stał od strony północnej czterolufowy karabin maszynowy sprzężony, skierowany do góry, z którego nikt nie strzelał, mimo że już od dawna samoloty niemieckie latały nad miastem. Taki sam karabin maszynowy czterolufowy stał z tyłu koszar przy okopach, a przed okopami były duże zasieki. Na stacji kolejowej głównym zawiadowcą był wojskowy komendant, któremu podlegali wszyscy miejscowi kolejarze.
         W piątek 20 czerwca, po południu około godz. 17-tej, podszedłem do furtki, aby zobaczyć co się dzieje na ulicy. Stoję chwilę i nagle widzę z daleka, że od strony miasta przez całą szerokość jezdni idzie siedmiu czy ośmiu Sowietów w mundurach. Szli pomału, gdy byli już przed naszym domem, rozpoznałem w środku naszego sąsiada prokuratora Halczenkę w mundurze, ale bez żadnych dystynkcji wojskowych, dwóch w mundurach NKWD i jeden cywil. Dwóch trzymało w rękach zeszyty, patrzyli kolejno na numery domów po obydwu stronach ulicy, porównywali z zapisami w zeszycie i od nowa zapisywali. Widzieli mnie, ale też sprawdzali numer naszego domu. Tak patrzyli na numery wszystkich domów, przeszli i poszli dalej ulicą Kościuszki. Kiedy ich zobaczyłem zrozumiałem, że to wywóz czyli nasz koniec w Lubaczowie. Zaraz pobiegłem do domu powiadomić o tym matkę i dziadków. Co robić? Uciekać już nie ma gdzie, bo wszędzie jest już wojsko, sytuacja krytyczna. Również nasi dalsi sąsiedzi, nie Żydzi, przychodzili do nas z tym samym dylematem. Tej nocy już nie kładliśmy się do łóżek. bo wszystkie poprzednie wywozy były właśnie w sobotę. Noc jednak minęła spokojnie. W sobotę 21 czerwca bardzo dużo młodych mężczyzn stanęło do poboru do wojska i zaraz ostrzyżono im głowy. W poniedziałek 23 czerwca mieli już stawić się do wojska sowieckiego. W południe przyszła do nas żona prokuratora Halczenki, tak dziwnie na nas z politowaniem patrzyła i kiwała głową, ale nic nie mówiła. Spostrzegłem ten jej wzrok, ona musiała wtedy dobrze wiedzieć, że my zostaniemy wywiezieni. Po południu, będąc w ogrodzie zobaczyłem, że w tych okopach na polu za naszym ogrodem, przykrytych nowymi świeżymi gałęziami, wystają hełmy - to znaczy, że okopy zostały obsadzone już przez wojsko. Przed wieczorem było jeszcze dość jasno, stojąc z matką przy furtce zobaczyliśmy, że z dołu zza kościoła jadą do rynku jakieś konie ciągnące armatki o dużych kołach gumowych i krótkich lufach. Podeszliśmy bliżej, aby lepiej widzieć aż do rogu ulicy, jak studnia. Tych armatnich zaprzęgów kołowych było kilkanaście. Przejechały i pojechały dalej w stronę rynku. Wtedy nadeszła znajoma z tamtej strony i powiedziała nam, że to wojsko pojechało dalej w stronę, jak na Piaski. Powiedziała też, że na łąki za przekopem zajechało dużo forszpanów, czyli chłopskich podwód, w tym miejscu gdzie dzisiaj jest stadion sportowy, a na stacji kolejowej stoją puste wagony kolejowe-towarowe bez lokomotywy. Podwody służyły zawsze do przewożenia ludzi z ich domów do wagonów na stację kolejową. Wróciliśmy do domu całkowicie bezradni i załamani.
         Zapadła noc, czekamy - czekamy. Nagle słyszę, że ulicą pędzi koń, to jakiś żołnierz z karabinem na plecach, na białym koniu pędził galopem w stronę koszar. Po niedługim czasie znowu ten sam żołnierz na koniu pędził z powrotem. Było to jeszcze przed północą. Jeszcze kilkakrotnie ten żołnierz na koniu przejeżdżał ulicą. Było to dziwne zjawisko, bo nigdy przedtem żaden Sowiet tak nie galopował w nocy. Ciągle jednak stawał mi przed oczami ten groźny widok: idący szeroką ławą przez ulicę w piątek po południu. Całe naczelstwo sowieckie miasta z prokuratorem na czele i to patrzenie, sprawdzanie wszystkich numerów domów. Jeszcze w dzień widziałem jak Żydzi w swój szabat (sobota) stali grupkami na ulicy i coś głośno rozprawiali. Była północ, jak ktoś wleciał szybko na nasze podwórze i zaczął mocno pukać do drzwi, gdzie mieszkał kapitan Kuszański. Usłyszeliśmy, że drzwi tam otworzyły się, jakaś rozmowa, głosy jego żony i matki, za moment z powrotem biegiem ktoś wyleciał na ulicę. To był sam kapitan Kuszański. Zaraz za ścianą usłyszeliśmy jakiś ruch u nich. Z rozmowy zrozumieliśmy powtarzające się słowo sejczas i płacz ich małego dziecka. Później zobaczyłem, że zamiast patrolu wojskowego idzie ulicą patrol NKWD z karabinami, oni sami nigdy z karabinami nie chodzili. Co to wszystko ma znaczyć? Nie mogliśmy ani wiedzieć, ani zrozumieć, aż około godziny drugiej w nocy, jeszcze było ciemno, nagle słyszymy, że gdzieś daleko, bokiem od zachodniej strony miasta, lecą samoloty, ciężkie głuche dudnienie, leciały wysoko, bo dudnienie słychać było długo. Mając doświadczenie z września 1939 r. wiedziałem, że takie ciężkie dudnienie oznacza, że samoloty lecą z ładunkiem. Tych samolotów było dużo, po chwili poleciały w kierunku wschodnim w głąb terytorium sowieckiego. Jeszcze było ciemno, kiedy od strony Futor usłyszeliśmy szczękanie karabinu maszynowego, poszczególne strzały karabinowe i jakby wybuchy granatów. Czyżby to były nocne ćwiczenia? Nigdy do tej pory takich nocnych ćwiczeń nie było, tym bardziej na granicy. Patrzę przez okno, daleko na wschodzie niebo pojaśniało, nagle słyszymy śpiew idącego przez rynek wojska i znana, piosenkę wojskową: "Jeśli zawtra wajna, jeśli zawtra pachod...". Zupełna konsternacja, gdyż nigdy do tej pory wojsko w nocy nie śpiewało.
         Wstawał świt w niedzielę 22 czerwca. Wyszedłem na balkon i usłyszałem od rynku turkot jadących wozów. Czy one już jadą po ludzi? A więc jednak wywóz. Na szczęście wozy nie jechały w naszym kierunku, pojechały gdzieś dalej. Już było całkiem jasno, gdy wyszedłem na podwórze, podszedłem do furtki od ulicy, a tutaj spokój: przed pocztą kobieta zamiata ulicę, w drzwiach poczty jak zwykle stoi żołnierz z karabinem i patrzy na mnie. Na parterze poczty okno było otwarte, widać było jak młoda telefonistka Żydówka bez przerwy wołała do telefonu: Alo, alo. Wtedy już dywersanci na drogach ścieli wszystkie słupy telefoniczne i telefony już nie działały. W pokoju poczty obok telefonistki stali jacyś wojskowi. Od strony Futor jakby się uspokoiło, tylko już rzadko padały strzały karabinowe. Wróciłem do domu i stałem na balkonie wsłuchując się w to wszystko. Nagle słyszę, że od strony wschodniej lecą samoloty, ale nieciężkie. Zaraz na obszarze, jak jest obecnie Szkoła Podstawowa nr 2, między ulicami Kopernika a obecną Słowackiego, zobaczyłem lecące bardzo nisko nad polami, w równym szyku obok siebie, cztery jednopłatowe, jednosilnikowe samoloty. Jeden z nich leciał w niedużej odległości od naszego ogrodu bardzo nisko, dokładnie było widać nie tylko białe obwódki czarnych krzyży, ale nawet postacie siedzących w oszklonej kabinie pilotów. Samoloty wystrzeliły do góry czerwone rakiety i znikły nad zachodnią stroną miasta. Był to widok wręcz niesamowity, stałem jak urzeczony, nie wierząc własnym oczom. Zobaczyć takie samoloty z tak bliska! Stałem dalej na balkonie nie mogąc zebrać myśli. Wtem słyszę od strony północno-zachodniej miasta jakieś dziwne odgłosy, jęki, jakby płakały dzieci. Gdzie mogą teraz płakać jakieś dzieci? Głos ten się zmienił, jakby zgrubiał i nagle nastąpiła potężna detonacja z kierunku, jak ulica Kolejowa, Piaski. Wielki słup czarnego dymu uniósł się w górę, zaraz doleciały jęki, jak przed eksplozją pierwszego artyleryjskiego pocisku. To nadlatywały dalsze pociski od strony Futor, tak przynajmniej mi się zdawało. A więc wojna! Stało się. Wbiegłem na moment do mieszkania i zaraz razem z matką i dziadkami wybiegliśmy z domu. aby udać się do piwnicy. W tym czasie trwał już jeden nieustający grzmot detonacji wybuchających pocisków. Istne piekło rozpętało się nad miastem. Niektóre pociski przelatywały nad naszym domem, aż widać było smugi po nich, a artyleria stale zmieniała miejsce ostrzału. Zanim wszedłem do piwnicy, przez moment zobaczyłem, jak ulicą biegną ludzie: kobiety, mężczyźni. Eksplodujące pociski zagłuszały krzyk, jaki powstał z chwilą ostrzału artyleryjskiego miasta. Nikt nie wiedział co robić. Z domów wybiegli sąsiedzi Żydzi, lament wielki. W jednej chwili groźba wywozu przestała istnieć. Do naszej piwnicy schroniło się wielu ludzi, sąsiadów Żydów, bo oni mieli drewniane domy, bądź w murowanych nie mieli piwnic. Bój o Lubaczów dopiero się rozpoczął, ale co będzie dalej? Jaki będzie miał przebieg? Kto wygra? To były główne pytania, jakie nas nurtowały. Ku naszemu największemu zdziwieniu do naszej piwnicy wszedł prokurator Halczenko z żoną i dziećmi, ubrany po cywilnemu. Byłem zdumiony tym faktem. Jeszcze wciąż go widziałem, jak w piątek szedł z tą grupą enkawudzistów i sprawdzali numery domów. On wtedy też mnie widział, jak stoję przy furtce. Dlaczego teraz chowa się do piwnicy z rodziną, a nie jest razem ze swoimi? Dlaczego jest w ubraniu cywilnym? Zawsze chodził w ubraniu wojskowym, tylko bez odznak. W piwnicy było jeszcze kilka Rosjanek z dziećmi. Wybuchy artyleryjskie zlewały się w jeden wielki huk, łomot, całe miasto było pod ogniem artylerii niemieckiej. Rozumiałem, że w każdej chwili taki pocisk może trafić w nasz dom. albo upaść bardzo blisko i wtedy koniec, mamy z głowy wszystkie sprawy. Już minęło sporo czasu, a artyleria dalej bije. W pewnym momencie prokuratur patrzy na zegarek, który miał na ręce i mówi: Uże dołżny byt' nasze litaki z Kijewa, czto takoje, poczemu ich niet? Widać, że się denerwuje z tego powodu. Jak się okazało, z chwilą ostrzału artyleryjskiego ludność ogarnęła panika. Przede wszystkim zaczęli uciekać Sowieci, kobiety z dziećmi, jak się później dowiedziałem, tylko w koszulach i bieliźnie. Cały tłum pędził ulicami w kierunku rzeki i Ostrowca. Był to niesamowity widok. Część naszych ludzi uciekała także z miasta na łąki nad rzekę, aby jak najdalej od miasta. Myśleli, że tam będzie bezpieczniej, tak samo, jak to było podczas bombardowania w 1939 r. Teraz jednak sytuacja była zupełnie inna, bo rozpoczął się bój o miasto, a przebywanie na otwartym terenie było szczególnie niebezpieczne. Z okna naszej piwnicy widziałem, jak przez sąsiednie ogrody i podwórka uciekają w samej bieliźnie Rosjanie.
         W tym dniu była piękna słoneczna pogoda. Podczas ostrzału artyleryjskiego cały czas krążył nad miastem niemiecki samolot, który na pewno przez radio kierował artylerią. W krótkich przerwach eksplozji pocisków, od strony naszego ogrodu usłyszeliśmy terkot karabinu maszynowego. To strzelali ci żołnierze, którzy siedzieli w tych okopach za naszym ogrodem. To również oznaczało, że Niemcy są już na polach między stacją kolejową, tartakiem i ul. Kopernika. Stale spoglądam przez okienko w piwnicy i nagle widzę, że jacyś żołnierze sowieccy wchodzą od strony pola na nasze podwórze pędząc przez ogród, było ich kilku. Kiedy już byli blisko zobaczyłem, że ciągną za sobą na kółkach karabin maszynowy z taką żelazna tarczą. Jeden z tych żołnierzy był w samej koszuli i miał zawiązaną głowę bandażem, jeszcze kilku innych biegło przez ogród Żyda sąsiada, wszyscy pędzili do ulicy. To trwało chwilę... Nastąpiła chwila wielkiego napięcia, co teraz się stanie. Oprócz wybuchów pocisków artylerii, które dalej trwały, słychać było też strzały pojedyncze z karabinów i karabinów maszynowych dookoła oraz wybuchy granatów. Naprzeciw naszego domu była poczta i tam stał zawsze żołnierz, który pilnował urzędu. Prawdopodobnie musiał do Niemców strzelać i Niemcy musieli wiedzieć, że strzelano do nich z tego kierunku. Stale patrzę przez okienko w piwnicy, w niedługim czasie po ucieczce Sowietów nagle widzę, że na nasz ogród od strony pola znowu wchodzą jacyś żołnierze, w mundurach innego koloru. Zachowywali się zupełnie inaczej, nie biegli gromadą przez ogród środkiem ścieżki, ale rozdzielili się na dwie grupy i biegli pochyleni naprzód pod płotami z lewej i prawej strony ogrodu. Wtedy poznałem, że są to Niemcy. W niezmienionej pozycji przebiegli z ogrodu na podwórze, jedni pod płotem szli prosto, jak do ulicy, drudzy weszli do budynku gospodarczego, ale zaraz wyszli i zbliżyli się do domu. Bałem się patrzeć przez okienko, żeby mnie nie zobaczyli. Słychać było ich pokrzykiwania, jeden z nich wszedł na balkon i na pewno do środka domu, bo wszystkie drzwi były otwarte, musiał zobaczyć, że nikogo nie ma w domu. Stali tuż przy schodach i przy okienku do piwnicy. Na moment lekko wychyliłem się, aby zobaczyć co się dzieje i wtedy zobaczyłem żołnierza niemieckiego z granatem w ręku. Niemiec usłyszał z piwnicy płacz dziecka jednej z Rosjanek, granatu nie wrzucił do piwnicy. Wiedzieli już, że jest tam ludność cywilna. Zaraz Niemcy wpadli do piwnicy, oficer z rewolwerem i latarką w drugiej ręce oraz jeden żołnierz, Jak nas zobaczyli, natychmiast zaczęli wszystkich wyrzucać za kark, po schodkach z piwnicy na podwórze. Było nas wszystkich około 15 osób, w tym razem z nami był prokurator Halczenko z żoną i dziećmi. Prosił nas, aby mówić, że jest on nauczycielem, ale oni o nic nas nie pytali, tylko wszystkich postawili pod ścianą z rękami do góry, mogłem przyjrzeć się tym żołnierzom z pierwszej linii frontu. Wyglądali niesamowicie, na hełmach mieli siatki maskujące z poprzetykanymi trawami, rękawy zakasane do łokci, za pasem i za cholewami butów granaty, w rękach pistolety automatyczne, puszki z maską gazową i inne oprzyrządowania wojskowe z menażką włącznie. Na podwórzu żołnierzy tych było kilkunastu, krzyczeli ochrypłym głosem, zdyszani i spoceni. Wszystko to odbywało się bardzo szybko, gdy tak staliśmy z tymi podniesionymi rękami, nie wiedząc co będzie dalej, a spodziewając się najgorszego, nagle widzę, że wszyscy ci żołnierze rzucają się na ziemię przed nami, a my dalej tak stoimy, bo w tym właśnie momencie zajęczał, zawył bardzo blisko pocisk artyleryjski i uderzył na ulicy po drugiej stronie w parterowy dom Żyda Adlera, który miał sklep z farbami. Na nasze szczęście byliśmy zasłonięci ścianą domu i tylko było słychać jak leci grad turkoczących odłamków. Eksplozja była potężna i na chwilę zostaliśmy ogłuszeni. Jak się okazało, do miasta weszły już oddziały szturmowe pierwszej linii piechoty niemieckiej. Była godzina 6 rano, a ich artyleria nie wiedząc o tym jeszcze, biła po własnych żołnierzach. Po wybuchu tego pocisku Niemcy poderwali się z ziemi i jakby o nas zapomnieli, my staliśmy tak dalej. Wtedy z ulicy wpadli inni żołnierze niemieccy i oficerowie, kazali natychmiast przynieść do piwnicy stół, krzesła i lampę naftową. Oficerowie ci zaraz weszli do piwnicy oraz żołnierz, który miał na plecach dużą żelazną skrzynkę ze stojącą do góry anteną. Była to radiostacja polowa. Pociski artyleryjskie dalej wybuchały w mieście, ale jak zaczęli nadawać przez radio, to artyleria przeniosła swój ostrzał o wiele dalej już od nas, widzieliśmy tylko jak te pociski przelatywały nad nami. To był widok, to było ciężkie przeżycie, bo nie mogliśmy mieć pewności, czy który nie upadnie koło nas. Licząc 20 lat, miałem już pierwsze siwe włosy. Żołnierz, który stał na warcie koło poczty leżał już zabity. Jak pociski artyleryjskie zaczęły już dalej przelatywać, wszyscy Niemcy wyszli z piwnicy i poszli na ulicę. Jeszcze ponownie nie weszliśmy do piwnicy, gdy usłyszeliśmy wielką strzelaninę od strony rzeki, zamku i nagle okropny, przeciągły krzyk: Hurrah! To kilkakrotnie krzyczeli żołnierze sowieccy, którzy szli do kontrataku gdzieś od strony rzeki i łąk. Była to godzina po szóstej rano, od strony cmentarza zaczęły gęsto bić karabiny maszynowe. Jak się potem okazało. Niemcy na górce cmentarza mieli ustawione karabiny maszynowe. W ogniu karabinów kontratak sowiecki załamał się pozostawiając na łąkach nad rzeką dziesiątki trupów. Gdy staliśmy pod piwnicą przed tymi żołnierzami, od strony rynku widać było nad całym miastem ogromne kłęby czarnego gryzącego dymu, a spopielałe papiery fruwały bardzo wysoko i opadały wszędzie, również na nasze podwórze. Tak paliła się cała żydowska dzielnica za szkołą i magistratem w rynku, okropny smród z tego pożaru dławił nas, gdyż wiał zachodni wiatr. Dym ten ścielił się po ulicy ciemnymi smugami. Całe powietrze przepełnione było tym dymem i zapachem spalenizny, co jeszcze bardziej potęgowało grozę sytuacji. W międzyczasie z samolotu zostały zrzucone na miasto ulotki w języku rosyjskim do żołnierzy sowieckich, że armia niemiecka idzie ich wyzwolić z jarzma bolszewickiego, żeby rzucali broń i poddawali się, żeby mordowali swoich oficerów politycznych. Taką ulotkę znalazłem później na polu za naszym ogrodem. Po odejściu wszystkich żołnierzy niemieckich na ulice, pociski artyleryjskie przelatywały dalej nad nami i detonowały już poza rzeką. Kiedy byliśmy jeszcze na podwórzu, nagle nastąpiła wielka detonacja od strony Ostrowca, którą odczuliśmy wyraźnie razem z podmuchem powietrza, mimo że byliśmy zasłonięci murem domu. Wtedy wszyscy jeszcze bardziej przestraszyliśmy się i zaczęliśmy z powrotem uciekać do piwnicy. Jak się później okazało, na Ostrowcu przy drodze na Lisie Jamy, po lewej stronie drogi siał murowany dom, w którym Sowieci urządzili skład amunicji. Budynek ten otoczony był zasiekami z drutu kolczastego i pilnowany przez oddział wojskowy. Nie wiadomo czy to pocisk niemiecki z artylerii trafił w ten magazyn amunicji, czy dywersanci spowodowali ten wybuch, bo działali oni wszędzie na zapleczu frontu sowieckiego. Faktem jest, że ten cały budynek wyleciał w powietrze, a na jego miejscu powstał ogromny lej i dookoła rozrzucone leżały cegły. Po budynku nie zostało ani śladu. Kiedy później stałem na tym miejscu, pomyślałem, że przecież było tu tylu żołnierzy do pilnowania, których jeszcze w maju sam widziałem. W tamtych latach Ostrowiec nie był tak daleko rozbudowany jak obecnie.
         Kiedy byliśmy jeszcze w piwnicy, nie wiedzieliśmy, że artyleria niemiecka już nam nie zagraża, ale że teraz na odmianę bije artyleria sowiecka na Niemców z Niwek. Niemcy weszli już do miasta. Również druga artyleria sowiecka biła od strony Młodowa, w dalszym ciągu słychać było ze wszystkich stron strzały z karabinów maszynowych i z innej broni. Artyleria sowiecka poczyniła nie mniejsze szkody, jak artyleria niemiecka w całym mieście. Między innymi jeden z pocisków artylerii sowieckiej wbił się w mur budynku byłego kina "Melodia" od strony łąk. Pocisk ten potem na rozkaz Niemców wyciągali Żydzi. Przy tej czynności Żydzi z wielkiego strachu głośno jęczeli, a Niemcy pilnowali ich ukryci za murem. Pocisk nie eksplodował. Natomiast drugi pocisk tej artylerii uderzył i zarył się w ziemię wysokiej skarpy od strony małej uliczki (obecnie Sienkiewicza). Wbił się dość głęboko i dopiero za 10 lat, w lipcu 1951 r. pocisk ten znalazły bawiące się tam dzieci na skutek rozmycia przez deszcze tej części piaskowej skarpy. Były to między innymi dzieci Śliwowej, która mieszkała naprzeciw tej skarpy. Przy manipulowaniu pocisk eksplodował i na miejscu zabił dwoje dzieci. W tym czasie byłem w domu u rodziców i słyszałem tę eksplozję, byłem świadkiem tego nieszczęścia. Dzisiaj na tym miejscu stoi pomnik.
         Bój w mieście trwał do godziny czternastej, a więc ponad 10 godzin wyjątkowych emocji, świadczących o silnej obronie granicy przez Sowietów. Na skrzyżowaniu dróg na Lisie Jamy i na Kornagi, opodal kapliczki i posesji Wnęka stało rozbite sowieckie działo i leżeli zabici żołnierze z obsługi tego działa. Za spichlerzem koło Rysakowej Jamy (obecnie zasypanej) były trzy groby niemieckie z zawieszonymi hełmami na krzyżach. Według relacji Bronisława Doroty mieszkającego przed mostem, ta szturmowa grupa niemiecka, która posuwała się ulicą Zamkową do mostu, została ostrzelana przez wojska sowieckie z Niwek, gdzie Sowieci w lesie mieli artyterię i dużo wojska. Wielu z tych żołnierzy niemieckich zostało rannych i zabitych, ale sanitarka wojskowa stojąca koło kościoła zaraz tych żołnierzy zabierała i wywoziła spod ognia broni sowieckiej. Wojsko sowieckie po nieudanym kontrataku od strony zamku i rzeki, pomału odstępowało, ostrzeliwując się z każdego miejsca - osłony. Taką osłoną był spichlerz, potem za mostem murowany dom Angiera i murowane stajnie z czasów austriackich, które w trakcie walk zostały zrujnowane. Artyleria sowiecka, która strzelała na Lubaczów od strony Niwek i Młodowa pozostawiła skrzynki po amunicji, nie było na nich napisów, jak na skrzynkach po amunicji artylerii niemieckiej: "Nicht sparen", tj. nie oszczędzać amunicji. Kiedy Niemcy zaczęli bić artylerią na Lubaczów, tłumy cywilnych Sowietów uciekały drogą przez Ostrowiec, Lisie Jamy, Budomierz i dalej. Wtedy wchodzili do poszczególnych gospodarstw i siłą zabierali ludziom wiejskim wozy z końmi. Który gospodarz nie chciał dać, był zastrzelony na miejscu, bo cywile sowieccy wszyscy mieli broń. Rozgrywało się jedno wielkie pasmo ludzkich tragedii.
         Ten pocisk niemiecki, który zburzył dom Żyda Adlera niedaleko naszego domu, był pierwszym z tej serii, którą artyleria przenosiła dalej. Następny pocisk spadł na ulicy Rejtana i zburzył dom Białozorskiego, a on sam został zabiły na miejscu, jego żona Rozalia ciężko ranna, córka Alicja i syn Feliks ranni. Następny pocisk spadł koło domu Janiszkiewicza, odbił się od ściany, ułamał kawałek domu i nie eksplodował. W tym czasie za tą ścianą, w którą uderzył pocisk, znajdowała się cała pięcioosobowa rodzina, wszyscy słyszeli to uderzenie. Następne pociski z tego toru uderzyły w brzeg rzeki i przed wzgórzem Zamku, następne uderzyły już dalej i potem w sam Ostrowiec. Tu rozegrała .się wielka tragedia w rodzinie Józefa Kulpy. Żona jego z synem Alojzym (chodził ze mną do szkoły) oraz ich córka schronili się do dołu, który był na podwórzu. Akurat w sam środek kryjówki upadł pocisk artyleryjski i eksplodował. Szczątki łych biednych ludzi zbierała rodzina do miednicy. Okropna tragedia ludzka. W tym czasie sam Kulpa i jego trzej synowie znajdowali się gdzie indziej. Takich tragedii na terenie miasta było dużo. Oprócz zabitych było bardzo dużo ludzi rannych. Wojskowi lekarze niemieccy udzielali rannym pomocy poza szpitalem, który w całości zajęty był dla wojska. Pociski niemieckie uderzyły też w sam kościół, jeden wpadł do środka i eksplodował od strony lewej nawy, ściany w kościele i ławki posiekane były odłamkami, które dopiero w lalach sześćdziesiątych zostały wymienione na nowe. Ucierpiały także na ścianach obrazy stacji Męki Pańskiej, kolorowe i o wiele ładniejsze od obecnych. Z tyłu za kościołem już z daleka widać było od ulicy Zamkowej wielką dziurę po wybuchu pocisku w murowanej ścianie budynku gospodarczego w zakładzie wyrobu trumien. Inne pociski wybuchły na starej targowicy i na różnych posesjach poszczególnych ulic. Dużo pocisków spadło na rynek i jego najbliższą okolicę. W dzielnicy żydowskiej, poczynając od cerkwi i ulicy Szaszkiewicza (Młyńskiej), a kończąc na ulicy Konopnickiej spaliły się wszystkie żydowskie domy, wielu Żydów zostało zabitych.
         W piwnicy siedzieliśmy wszyscy do godziny trzynastej, dopóki nie ustał ostrzał artyleryjski. Po wyjściu z piwnicy jeszcze ciągle słychać było strzały, ale już tylko karabinowe. Na obrzeżach miasta trwała jeszcze dalej walka w bliskiej okolicy, ale z każda godziną walka ta oddalała się, strzały cichły. Po opuszczeniu piwnicy przez nas, wszyscy Rosjanie i Żydzi pozostali w niej przez całą noc. Na łąkach opodal Młodowa druga sowiecka artyleria biła na Niemców w mieście, dlatego też pociski artylerii niemieckiej skierowane były w kierunku Młodowa i dużo z nich upadło w okolicy domu Michała Argasińskiego przed Żelechówką. Jak się później dowiedziałem, już o północy z soboty na niedzielę żołnierze niemieccy przeszli granicę i w Dachnowie, chowając się za stodołami, od strony lasu czekali na sygnał do ataku, by potem zaatakować z tyłu te wojska pograniczne, które znajdowały się przed pasem granicy i w ziemnych bunkrach na północ od Dachnowa, już od strony Cieszanowa.
         Na Futorach z jednego dużego bunkra znajdującego się w pobliżu gospodarstwa Władysława Żurawla sowieccy żołnierze zabili wielu atakujących Niemców. Rodzina Żurawlów nie miała już czasu się skryć i wśród gradu kuł leżeli na ziemi w ogrodzie. Ojciec Władysława został wtedy ranny w brzuch, całe gospodarstwo zostało spalone. Ludzie ci jako pierwsi przeżyli prawdziwe piekło na ziemi, bo Sowieci długo bronili się w tym bunkrze. Te pierwsze strzały i wybuchy granatów, jakie słyszałem w nocy, kiedy było jeszcze ciemno, to były te właśnie, którymi piechota niemiecka zaatakowała ten odcinek granicy. Z tych okopów koło szpitala żołnierze sowieccy też stawiali duży opór, ale na krótko. Koło szpitala został zabity oficer niemiecki i kilku żołnierzy, a kilkunastu żołnierzy sowieckich siedzących w rowie przy drodze z rękami podniesionymi poddało się Niemcom. Pierwsza linia żołnierzy niemieckich idących od granicy, tzw. szperacze szli rowami. Od pocisków niemieckich wybuchł też pożar na Piaskach.
         Po tych wszystkich przeżyciach w piwnicy w dniu 22 czerwca, która trzęsła się razem z nami od wybuchów artyleryjskich, byliśmy bardzo zmęczeni. Gdzieś około godziny piętnastej usłyszałem jadące pojazdy gąsienicowe, zaraz pobiegłem do furtki zobaczyć je. Jechały auta na gąsienicach, w których siedzieli żołnierze, a do tych aut przyczepione były duże armaty o długich lufach. Być może, że były to te same działa, które biły od rana na Lubaczów, nawet w Cieszanowie było widać jak palił się Lubaczów. Tych aut było dziesięć, za nimi jechały zwykłe auta ciężarowe, duże, które na pewno wiozły amunicję do tych dział. Do miasta napływało coraz więcej wojska, oddziały zmotoryzowane, ale nie czołgi, tylko auta pancerne. Jednak od strony wschodniej, od czasu do czasu, słychać było wybuchy i detonacje.
         Noc z niedzieli na poniedziałek tj. z 22 na 23 czerwca była bardzo niespokojna. Na niebie bez przerwy było widać dalekie błyski, tak jak podczas zwykłej burzy z kierunku Budomierza, ale bój trwał dalej w okolicach Hruszowa, Niemirowa-Zdroju odległego o 21 km od Lubaczowa. Dowiedziałem się później, że przed Niemirowem przy szosie i na polach stało dużo spalonych sowieckich czołgów i tankietek, leżało wielu zabitych żołnierzy z obydwóch stron. To stamtąd cały czas dochodziły te odgłosy bitwy, które w poniedziałek 23 czerwca jeszcze bardziej się nasiliły, w Lubaczowie powstała panika, że Niemcy cofają się, ponieważ bardzo dużo aut z czerwonym krzyżem ciągle stamtąd jechało przez Lubaczów. Odgłosy armat z tego kierunku słychać było do środy, tj. do 25 czerwca. Po tym czasie Niemcy pędzili dużą ilość sowieckich jeńców przez Lubaczów na Jarosław.
         W poniedziałek 23 czerwca przed południem wyszedłem na ulice i ku memu zdziwieniu zobaczyłem, że na rogu ulicy Kościuszki, a obecnej Piłsudskiego, koło studni stoi niemieckie działo przeciwpancerne skierowane prosto na ulicę Rejtana. Obok za budynkiem stały dwa ciężarowe auta na chodniku i wielu żołnierzy obok, a oficer z lornetką w ręce patrzył prosto w ulicę Rejtana. Widok len bardzo mnie zaniepokoił, ale ciekawość była silniejsza, więc poszedłem w kierunku rynku obok kościoła. Od strony rynku jechało dużo aut z wojskiem, nie mogłem przejść na drugą stronę, poszedłem w dół obok kościoła do ulicy Zamkowej i nagle zobaczyłem, że na rogu ulicy Zamkowej stoi taka sama armatka przeciwpancerna skierowana w stronę mostu i takie same auta obok, schowane za murem narożnego domu. Zrozumiałem wtedy, że Niemcy czekają na atak sowieckich czołgów na Lubaczów, że sytuacja jest poważna. Należało zaraz wracać do domu, bo nie wiadomo co może się stać w każdej chwili. Chciałem wracać tą drogą za kościołem, ale kiedy zszedłem bliżej zobaczyłem, że w głębi tej dróżki stoi dużo aut, motocykli i żołnierzy niemieckich. Wtedy zawróciłem i poszedłem koło cerkwi do pierwszego skrzyżowania przed rynkiem. Z tych jednopiętrowych kamieniczek naprzeciw cerkwi, gdzie jeszcze przed wojną na parterze była restauracja zostały tylko same mury, wszystko spalone, balkon z pierwszego piętra zwisa, podchodzę bliżej i widzę, że na jezdni naprzeciw bramy do cerkwi leży zabity biały koń, a przy nim żołnierz sowiecki z jedną do góry nogą w strzemieniu. Przechodząc koło tych zabitych zdziwiłem się, że ten koń jest tak bardzo spuchnięty i tak samo ten żołnierz, palce rąk miał jakby podwójne. Opodal nich w nieoasfaltowanej jeszcze jezdni była wyrwa - dziura po wybuchu pocisku artyleryjskiego, który ich zabił. Wtedy po koniu poznałem, że to ten sam biały, który tak w nocy z soboty na niedzielę galopował koło naszego domu. Tą uliczką od tej strony, gdzie dzisiaj jest księgarnia wszedłem na rynek, ale widok jaki zobaczyłem po lewej stronie spalonej żydowskiej dzielnicy był straszny. Same kominy i resztki murów z niektórych domów. Jeszcze wszędzie unosił się niewielki dym i wielki swąd, a było tam tyle domów żydowskich i uliczek. Widok wstrząsający! Opodal chodzili Niemcy i fotografowali. Tak z tej strony doszedłem do rogu rynku.
         W głębi, jak dzisiaj stoi ratusz magistracki, leżeli jacyś zabici, kilka osób cywilnych, a opodal studni jakaś kobieta. Na tym odcinku, gdzie obecnie jest "Lubiana", skręciłem na prawo z myslą udania się już prosto do domu. Na rogu rynku od strony północnej, jak sklep "czwórka", znowu leżeli jacyś zabici, kiedy podszedłem bliżej zobaczyłem, że ta kamieniczka jednopiętrowa na wprost uliczki Konery jest całkiem spalona i obok niej te parterowe, murowane domy przed dzisiejszą pocztą, a ściany wielu kamieniczek rynku posiekane odłamkami. Od strony obecnej ulicy Mickiewicza na skraju ówczesnego parku zobaczyłem pomnik Lenina, bez głowy, ostrzelany i idących kilka kompanii wojska śpiewających wojskowe pieśni, z których zapamiętałem powtarzające się słowa "gloria-victoria". Jeszcze lego samego dnia, na rozkaz Niemców, Żydzi musieli ten pomnik rozbić. Bałem się iść dalej, ponieważ wszędzie było dużo wojska niemieckiego, ale nikt mi nic nie mówił, nie zaczepiał, więc zawróciłem rynkiem, po przejściu na chodnik od strony kamienic. Szyby w oknach powybijane, dużo szkła na chodnikach. Żadne słowa nie są w stanie oddać lego stanu rzeczy, atmosferę wojenną, powagę chwili. W rynku, wracając w stronę kościoła podszedłem do kamieniczki Mazurkiewiczą, gdzie na piętrze mieścił się Raj-Par-Kom (Rejonowy Komitet Partii), gdy już byłem bliżej, zobaczyłem, że drzwi i boki ściany są całkowicie zrąbane przez pocisk artyleryjski, który uderzył w sam próg tego wejściowego korytarza, patrzę do wnętrza korytarza, widzę trupy leżących ludzi przysypanych tynkiem: trzy kobiety i czterech mężczyzn. Widok był okropny, wiec szybko odszedłem. Jezdnią bez przerwy w dwóch kierunkach jechały auta z wojskiem, jedne na ulicę Kościuszki, drugie na Ostrowiec, dlatego też na rogu rynku i ulicy Kościuszki na chodniku stało dwóch Niemców kierujących ruchem. Byli w hełmach, na piersiach mieli półokrągłe blachy na łańcuszkach oraz sygnalizator do kierowania ruchem. Musiałem przejść koło nich, nie miałem innego wyjścia, nie wiedziałem jak to zrobić. Jednak ukłoniłem się i powiedziałem: verzeihen Sie! (jeszcze przed wojną w Rzeszowie pobierałem lekcje języka niemieckiego i gry na fortepianie). Ku memu zdziwieniu, jeden z tych Niemców odsunął się na bok i nie zatrzymując, ani o nic nie pytając przepuścił mnie, a ja przeszedłem koło nich dalej, pragnąc tylko znaleźć się jak najprędzej w domu. Niemcy z armatką przeciwpancerną skierowaną w stronę ulicy Rejtana nadal tkwili na dawnym miejscu. Kiedy wszedłem na podwórze naszego domu, zobaczyłem, ze stoi tam duże, kryte auto ciężarowe i motocykl z przyczepą, a Niemcy zajęli już pokój na kwaterę, chodzili po podwórzu i ogrodzie. Kiedy już trochę pobyłem w domu i przywoływałem w pamięci niedawno widziane obrazy z ulic i rynku, zrozumiałem, że z tym swoim "spacerowaniem" po mieście bardzo przeholowałem, nikt z mieszkańców miasta po ulicach wtedy nie chodził, gdyż było to wielce niebezpieczne, a wszystkiemu winna była moja ciekawość, która towarzyszyła mi przez całą wojnę.
         Tego dnia około godziny piętnastej, kiedy stałem przy studni i brałem wodę, a koło mnie stało jeszcze dwóch żołnierzy niemieckich, nagle usłyszałem warkot samolotu. Od strony wschodniej na dużej wysokości nadleciały dwa samoloty jednosilnikowe. Jeden z Niemców mówił: unsere, unsere (nasze), a wtedy za moment, kiedy samoloty były nad stacją kolejową, usłyszałem znane mi już dudnienie i świst, ja stoję dalej przy studni, a Niemcy leżą już na ziemi, i w tym momencie rozległy się dwie, jedna po drugiej potężne detonacje z kierunku stacji kolejowej i Piasków. Niemcy zaraz wstali, inni żołnierze wybiegli z domu. Obydwa samoloty sowieckie przeleciały i już więcej nad miastem nie pokazały się. Bomby zostały rzucone w dwóch seriach, ale zrzuconych było więcej niż dwie i wszystkie upadły po lewej stronie drogi, za przejazdem kolejowym na Piaskach. Pożar budynków trwał tam do późnego wieczora. Gdy tylko Niemcy zajechali na nasze podwórze, ci wszyscy Sowieci, którzy byli w naszej piwnicy przez całą noc, zaraz poszli z prokuratorem do jego mieszkania na piętrze w kamienicy Żyda Kormana, naszego sąsiada od strony wschodniej. Przez cały rok 1941 samoloty sowieckie nad miastem już się nie pokazały, jedynie codziennie nad miastem przelatywały już do końca okupacji samoloty niemieckie lecące na front wschodni.
         Dopiero w poniedziałek, ten żołnierz sowiecki, który leżał zabity przed pocztą po drugiej stronie ulicy od naszego domu, na rozkaz Niemców został przez Żydów zakopany tam na górce, gdzie dzisiaj stoi pomnik. Z rozkazu Niemców to Żydzi zajmowali się zbieraniem i zakopywaniem trupów w mieście, przeważnie w rowie przeciwczołgowym na Hryńkowie. Jeździli dużym wozem bez konia, sami ciągnęli i pchali ten wóz, a nad ciałami zlanymi krwią i leżącymi na wozie unosiła się chmara dużych czarnych much. Widok ten był odrażający i okropny. Wśród tych Żydów ciągnących wóz widziałem mojego profesora historii, który jeszcze w październiku 1939 r. uczył mnie w gimnazjum. Dopiero we wtorek zostali zebrani i zakopani zabici, podobno ponad 80 osób ludności cywilnej, obywateli sowieckich, wojskowych, Żydów i jeden koń.
         Dni były słoneczne i upalne, wszędzie latały roje dużych czarnych much, baliśmy się bardzo, aby nie wybuchła jakaś epidemia, jak w 1916 roku podczas pierwszej wojny światowej. Matka moja Bronisława opowiadała mi, że tę straszną chorobę przywlekło wojsko, była to cholera, która dziesiątkowała mieszkańców miasta. Dopiero któryś z mieszkańców szedł ulicą, jeszcze tego samego dnia dochodziła wiadomość, że umarł w wielkich mękach i konwulsjach. Ludzie bali się dotykać umarłych i łopatami kładli na wóz specjalnie do tego celu przeznaczony, który po ustaniu zarazy został spalony. Każdy grób przed zakopaniem ziemią był zlewany wapnem. W domach ludzie myli naftą klamki od drzwi, a szmaty zaraz palili. Umarłych zakopywano bez trumien bezpośrednio do ziemi. Przed Młodowem na Żelichówce został założony specjalny cmentarz choleryczny, ale żołnierze, którzy umarli w szpitalu w Lubaczowie byli grzebani na polu-górce naprzeciw szpitala i w ten sposób powstał drugi cmentarz choleryczny w mieście. Epidemia cholery trwała przez okres lata 1916 r. i umarło na nią w mieście i okolicy setki ludzi tak cywilnych, jak i wojskowych. Na domach, w których ktoś zachorował wywieszana była kartka z ostrzeżeniem. Umierały nawet cale rodziny, dlatego ludzie w mieście na słowo cholera żegnali się ze strachem, co miało mieć magiczne działanie w odpędzeniu tej strasznej zarazy. Przy grzebaniu umarłych nie było urządzanych żadnych pogrzebów, ceremonii, przy udziale tylko najbliższych osób. Opowiadała mi matka jako naoczny świadek, że jadący wozem ulicą Koszarową (Kościuszki) jakiś człowiek zaczął nagle okropnie jęczeć, skulił się i przewrócił się na wozie, a koń sam dalej jechał, woźnica jednak już nie żył. Ludzie nagminnie jedli cebulę i czosnek, którym nawet smarowali ręce. Druga straszna choroba dziesiątkowała mieszkańców miasta w 1918 r., grypa zwana hiszpanką, była również zawleczona przez wojsko, powodowała zapalenie płuc i śmierć.
         Nad rzeką koło Młodowa dużo trupów żołnierzy sowieckich, zabitych w niedzielę 22 czerwca płynęło rzeką aż do mostu, powodując tam spiętrzenie, gdzie w nocy gromadziły się psy, których wycie nasuwało przerażające skojarzenie i stwarzało prawdopodobieństwo powstania epidemii. Po okolicznych lasach pozostawała jeszcze jakaś część wojska sowieckiego, która nie zdążyła się wycofać, dlatego też do końca czerwca słychać było strzały karabinowe, wybuchy granatów i detonacje. Ponieważ w rejonie Brusna i Podemszczyzny wojsko sowieckie ukryte w bunkrach dalej się broniło, w pierwszej dekadzie lipca Niemcy dokonali bombardowań i w końcu przy pomocy miotaczy ognia zlikwidowali opór żołnierzy sowieckich. Bardzo też często z kierunku wschodniego i południowo-wschodniego Niemcy pędzili jeńców sowieckich, którzy znacznie gorzej wyglądali niż jeńcy polscy z 1939 r.
         Był wtorek 24 czerwca gdy około południa przyszła do nas żona prokuratora, cała zapłakana, z wiadomością, że przed godziną przyszli Niemcy z jakimiś cywilami, nie Polakami, mówili po rusku i po niemiecku. Pod karabinami zabrali jej męża i razem z nim tego inżyniera Brechera od bunkrów oraz naczelnika poczty. Dowiedzieliśmy się później, że popędzili ich za miasto i tam wszystkich trzech rozstrzelali, a przecież nie tak dawno, zaledwie niecałe cztery dni temu los nasz leżał w ich rękach, decydowali o naszym życiu, kiedy idąc ławą przez ulicę ci sowieccy funkcjonariusze polityczni spisywali według numerów domów ludzi do wywozu na Sybir. Nie mogli wtedy także wiedzieć, że przygotowane na stacji kolejowej wagony do wywozu mieszkańców Lubaczowa zostały wykorzystane nie w tym celu jak planowali, a posłużyły mianowicie do nie zamierzonej przez Sowietów ucieczki ich własnych obywateli mieszkających w pobliżu stacji kolejowej. O losu ironio! Kolejarze opowiadali, że jak rozpoczął się ostrzał artyleryjski miasta, grupa cywilnych Sowietów, w tym kobiety i dzieci w wielkim popłochu wsiadła do tego pociągu przeznaczonego dla nas, oczywiście towarowego, który szybko odjechał. Ludzie mieszkający w sąsiedztwie budynku NKWD, jeszcze przed wybuchem wojny, widzieli od kilku dni wielki ruch przed budynkiem. a w nocy mimo przysłoniętych okien światła w oknach aż do samego rana. Jeżeli chodzi o wywozy, to okazało się, że Lubaczów miał jednak więcej szczęścia od Przemyśla, gdzie z chwilą ataku tego miasta przez Niemców, NKWD zdążyło jeszcze wywieźć do Rosji duży transport ludzi, gdyż sowieccy żołnierze bronili się i utrzymywali w mieście przez kilka dni. Na dodatek złego pociągi z tymi wywożonymi ludźmi były jeszcze bombardowane przez lotnictwo niemieckie.
         Jeszcze tego samego dnia, stojąc przy furtce zobaczyłem jadący ulicą motocykl z przyczepą, motocyklem kierował żołnierz sowiecki z karabinem na plecach, a w przyczepie siedział sobie żołnierz niemiecki. W pierwszej chwili byłem bardzo zdziwiony tym widokiem, ale zaraz przypomniałem sobie, jak to 12 września 1939 r. szedł oficer polski z rewolwerem za pasem, a żołnierz niemiecki niósł mu walizkę. To chyba była podobna sytuacja, bo na tyłach wojsk sowieckich w przeddzień wybuchu wojny dużo dywersantów niemieckich przeszło granicę w mundurach żołnierzy sowieckich, aby zniszczyć linie telefoniczne i elektryczne, wysadzać mosty, palić budynki i siać panikę, tak jak to miało miejsce w 1939 r. Za kilka dni jeszcze raz zobaczyłem dwóch żołnierzy w mundurach sowieckich w towarzystwie Niemców, szli sobie ulicą i coś rozmawiali, nie byli prowadzeni jako jeńcy. W tym czasie przez Lubaczów w dzień i noc z małymi przerwami przejeżdżały setki aut z wojskiem niemieckim na front wschodni. Którykolwiek Sowiet cywilny, czy wojskowy miał przy sobie czerwoną legitymację partyjną oraz wszyscy oficerowie polityczni (politruki) podlegali natychmiastowemu rozstrzelaniu, a kwaterujący u nas w domu Niemcy leżeli w ogrodzie i opalali się. Dziwiliśmy się, że tak dobrze im się powodzi, wtedy kiedy jest wojna.
         Po przejściu frontu w Lubaczowie pozostało jeszcze kilkadziesiąt żon sowieckich oficerów z dziećmi, które nie zdążyły uciec. Żony tych trzech rozstrzelanych oraz jeszcze trzy inne kobiety mieszkały w domu krawca Kormana, naszego sąsiada aż do ponownego przyjścia frontu wschodniego w lipcu 1944 r. Natomiast żona prokuratora Franciszka bojąc się, że będzie poszukiwana przez Niemców, przez dłuższy czas przebywała u nas, aż do czasu kiedy była już pewna, że jej nie szukają. Po trzech dniach od wkroczenia wojsk niemieckich usłyszeliśmy o aresztowaniach w mieście. Z początku nie wiedzieliśmy kogo i za co? Po niedługim czasie sprawa się wyjaśniła. Na skutek nagłego ataku niemieckiego i tak groźnego w skutkach ostrzału artyleryjskiego miasta, w budynku NKWD uciekający funkcjonariusze zostawili wszystkie akta, papiery, listy, po prostu ratowali się ucieczką pozostawiając wszystko. Te dokumenty znaleźli Niemcy i na ich podstawie zaczęli aresztować wszystkich, którzy współpracowali z NKWD i byli konfidentami. W tej sytuacji w samym mieście i okolicy zostało aresztowanych setki ludzi: mężczyzn i kobiet. Często byli to nasi znajomi na co dzień. Nikt z nas wtedy nie podejrzewał ich o to drugie oblicze, tym większe było nasze zaskoczenie, gdy dowiedzieliśmy się o tym post factum. Drugim takim naszym zaskoczeniem była podpisana volks-lista. Wiele osób Polaków o czysto polskim nazwisku podpisywało tę lisie, zostając volksdeutschami, zapewniając sobie do czasu bezpieczeństwo u Hitlerowców. Według znalezionych dokumentów NKWD w IIl-ciej dekadzie czerwca mieli być bezwarunkowo wywiezieni ludnie, którzy mieszkali w pasie granicznym. W pasie tym leżał właśnie Lubaczów i miało być wywiezionych z tego miasta 2/3 mieszkańców. Opuszczone przez nich domy miały być natychmiast zajęte przez wojsko. Deportacja maksymalnej ilości ludności z pasa granicznego m.in. podyktowana była tym, że od jesieni 1940 r. Niemcy zaczęli masowo przerzucać przez granicę na stronę sowiecką swoich dywersantów w dużej mierze wyłapywanych przez NKWD, dlatego też w Lubaczowie i okolicy było wielkie zaostrzenie i kontrola mieszkańców.
         Po tygodniu od wkroczenia Niemców do Lubaczowa przyszedł do nas policjant i powiedział, że Franciszek Lada ma zgłosić się do komendanta policji. Dziadek bardzo się zmartwił, bo nie wiedział po co, co się stało? Nic przecież złego nie zrobił, ale iść było trzeba, więc poszedł. Komendantem policji był kapitan Paczecha, z którym razem służyli w wojsku austriackim podczas pierwszej wojny światowej. Paczecha, jak się okazało miał wobec dziadka dług wdzięczności za uratowanie mu życia w okopach. Teraz na policji była lista NKWD z nazwiskami ludzi, którzy mieli być wywiezieni 22 czerwca do Rosji. Na tej liście Paczecha znalazł nazwisko dziadka i nasze, przypomniał sobie dziadka z tamtej wojny, więc specjalnie wezwał go do siebie, aby osobiście pokazać mu ten dokument - co nas miało czekać w niedzielę 22 czerwca 1941 r. Tak więc otrzymaliśmy ostateczne potwierdzenie, że nasze obawy wywozu były prawdziwe i uzasadnione.
         Po przejściu frontu, na wzgórzu zamkowym, tam gdzie stacjonowało dowództwo sowieckie, z chwilą zajęcia przez Niemców miasta, stał oddział wartowniczy żołnierzy słowackich aż do jesieni, którzy pilnowali pozostawionych magazynów wojskowych, m.in. w piwnicy Zamku dużych ilości beczek benzyny. Na samym początku, z chwilą objęcia miasta przez Niemców, z miejsca została wprowadzona godzina policyjna oraz rozlepiono obwieszczenia o takiej samej treści, jak było to w 1939 r. Środki płatnicze ruble i kopiejki przestały istnieć, zostały zamienione na marki niemieckie i fenigi. Ten uciążliwy czas sowiecki, dwie godziny do przodu, został zniesiony.
         Po rozpoczętym ataku na ZSRR wojska niemieckie posuwały się stosunkowo szybko naprzód, leżący w odległości 100 km Lwów został zajęty po ośmiu dniach. Wszystkie wiadomości ze świata były bardzo złe. Niemcy zajęły prawdę całą Europę i wszędzie wygrywali, nawet w Afryce bili Anglików. A więc znów przyszłość nasza wyglądała beznadziejnie i w czarnych kolorach. Nadzieją tylko było to, że trwa wojna i w tej wojnie Niemcy mogą jeszcze przegrać, mimo swoich obecnych zwycięstw. Jedno było tylko pocieszające, że się wzajemnie biją i to mocno.
         W następnych dniach, kiedy front zaczął coraz bardziej oddalać się od miasta, chodziłem wszędzie oglądać skutki wojny i zniszczenia. Nowi okupanci zaprowadzili już swoje porządki, które były niemniej uciążliwe jak poprzednie. Do ludności polskiej Niemcy odnosili się tak samo wrogo jak Sowieci, ale w najgorszej sytuacji pod każdym względem znaleźli się Żydzi. Na rozkaz Niemców powstał tak zwany Judenrat czyli władza dla Żydów, która wypełniała wszystkie polecenia władz niemieckich. Przewodniczącym Judenratu został adwokat Józef Osterman. Powołana została również tak zwana policja żydowska do pilnowania wykonania poleceń Niemców. Wszyscy Żydzi na prawym ramieniu musieli nosić opaski z gwiazdą Dawida. Nie wolne było chodzić Żydom po chodnikach, tylko skrajem jezdni. Przed każdym idącym Niemcem musieli zdejmować czapki, którzy przy każdej możliwej okazji bili ich. Wszelki handel był Żydom surowo zabroniony, co równało się dla nich całkowitą klęską życiową, gdyż ich głównym przedtem zajęciem był właśnie handel, teraz mogli tylko pracować fizycznie. Z czasem nawet musieli śpiewać upokarzającą dla nich piosenkę, kiedy szli ulicą: "Hitler złoty nauczył nas roboty" itd. Codziennie można było widzieć na ulicy kolumnę Żydów z łopatami idących do różnych prac. Pierwszą taką pracą było zbieranie i grzebanie zabitych oraz wszystkie prace porządkowe, których po zniszczeniach wojennych w mieście nie brakowało. Nie wolno było im także oddalać się samowolnie poza miasto. Dla całej ludności zostały wprowadzone kartki żywnościowe, głodowe, dla ludności żydowskiej zmniejszone jeszcze o połowę i tak było pod każdym względem. Powiało grozą. Nasi sąsiedzi Żydzi przychodzili teraz do nas z prośbą, aby kupić im coś w mieście, bo sami w ogóle bali się chodzić po ulicach, ponieważ Niemcy bardzo często bili bez żadnego powodu napotkanych Żydów, tylko dlatego, że był Żydem. Rozumieli oni dobrze swoją sytuację i wiedzieli, że nie ma dla nich ratunku, zwłaszcza, że Niemcy wygrywali wtedy na wszystkich frontach. Sąsiad Żyd powiedział do dziadków: Tak zawsze bardzo modliliśmy się i modlimy się dalej i nic Z tego modlenia nie wychodzi, jest tylko coraz gorzej każdego dnia, a przyjdzie zima, to już koniec wszystkiego. Jeszcze nie było getta, a już nie wolno było im mieszkać oddzielnie na dowolnych ulicach, teraz musieli mieszkać razem tylko ze swoimi współplemieńcami. Ciężkie warunki życia, codzienny ogromny stres, głodowe racje żywnościowe prędko o sobie dały znać. Zaczęły coraz częściej umierać małe dzieci i ludzie starzy. Nie wolno im było urządzać pogrzebów i iść ulicą na żydowski cmentarz, aby pochować umarłego. Nieśli umarłego z tyłu poza domami, ogrodami i stodołami w pace zbitej ze zwykłych nieheblowanych desek, tylko w kilka osób, bez śpiewów żałobnych i lamentów, które należały do rytuału pogrzebowego.
         Z początkiem lipca, kiedy byłem z dziadkiem blisko toru kolejowego, przerobionego już z powrotem z szerokiego na normalny, zobaczyliśmy jadący od strony Jarosławia niemiecki pociąg pancerny. Na stacji brał wodę do dwóch lokomotyw, które miał w swoim składzie. Jedna lokomotywa była w środku, a druga na końcu tego pociągu. Różnił się kształtem od pociągów sowieckich tego typu i był cały pomalowany w barwy ochronne, tj. różnego rodzaju plamy barwne, żółte, zielone i brązowe, ale nie jaskrawe tylko takie przyciemnione. Widok tego potwora, bo tak go nazywałem byt wspaniały dla malarza. To był jeden wielki obraz abstrakcji geometrycznej, jedno wielkie wojskowe dzieło sztuki. Takich pociągów podczas całej wojny widziałem kilka.
         Było to 5 lipca 1941 r. godz. 5 rano, kiedy od strony Ostrowca usłyszałem wielokrotne strzały karabinowe. Co się stało? Co się dzieje, czyżby to znowu wojska sowieckie, chociaż front był już od Lubaczowa ze 150 km na wschód. Takie same strzały powtórzyły się 16 sierpnia, też rano. Dopiero za jakiś czas dowiedzieliśmy się, że w lesie na Niwkach zostali rozstrzelani, po uprzednim aresztowaniu, przebywający w więzieniu lubaczowskim mieszkańcy miasta i jego okolic oraz aresztowani na podstawie dokumentów znalezionych w lubaczowskim NKWD. O wydarzeniu tym opowiadali miejscowi policjanci, że w tych dniach, w dwóch ciężarowych autach krytych brezentem, ciasno wypełnionych, wywieziono do lasu na Niwkach skazańców. Tam rozegrał się przerażający dramat tych ludzi. Najpierw wśród wielkiego płaczu i lamentu, bo były tam także kobiety, sami musieli kopać rów (grób). Szczegółów tej chwili nie sposób już opisywać. Kiedy kazano im stanąć nad tym rowem w obliczu wymierzonych już w nich karabinów, przed oddaniem salwy niektórzy próbowali uciekać. Potem jeszcze nastąpiło dobijanie tych, którzy leżąc na ziemi jeszcze się ruszali. Po egzekucji zostało przypędzonych z miasta kilkudziesięciu Żydów, którzy układali ciała zabitych w rowie i kładli do rowu, a następnie musieli zasypać rów tak, aby równocześnie zatrzeć ślady tego miejsca. Żydzi ci potem opowiadali co widzieli, cały ten makabryczny widok, i o tym właśnie dowiedzieliśmy się od sąsiadów Żydów, którzy tym faktem byli przerażeni. Wśród rozstrzelanych byli też młodzi Żydzi, Sowieci, Cyganie i Polacy.
         W pierwszej połowic lipca dotarła do Lubaczowa wiadomość, ze NKWD uciekając ze Lwowa wymordowało wszystkich więźniów znajdujących się w sowieckich więzieniach, również w innych miastach z tamtych terenów, jak: Stryj, Drohobycz, Tarnopol itd. Żona lekarza Zająca z Lubaczowa odnalazła swego męża wśród stosu trupów leżących na dziedzińcu więzienia Brygidki we Lwowie. Po przejściu frontu hitlerowcy we Lwowie wymordowali tysiące Żydów oraz wielu polskich profesorów z Uniwersytetu Lwowskiego.
         Z dniem l sierpnia została zniesiona granica demarkacyjna z 1939 r. oraz ogłoszono przyłączenie Galicji Wschodniej z jej stolicą Lwowem do tzw. Generalnego Gubernatorstwa, czyli części byłej Polski. Miasto Lwów przemianowane zostało na Lemberg, a Rzeszów na Reichshof. Również z datą l sierpnia została wydana pierwsza emisja pieniędzy dla tej Galicji Wschodniej o budzącym zdziwienie nadruku Bank Emisyjny Polski, a nie Bank Emisyjny G.G. W dystrykcie galicyjskim obowiązywały więc pieniądze papierowe o następujących nominałach: l, 2, 3, 5, 10, 20, 50, 100, 500 złotych. W tej emisji na stuzłotówce był widok Lwowa, a na stuzłotówce z pierwszej emisji w G.G. z l marca 1940 r. był widok z Warszawy. W tej sytuacji marki i fenigi, którymi płacili tylko niemieccy wojskowi, po przejściu frontu wyszły z obiegu. Pozostał tylko zloty polski. 500 zł nazywane było "góralem". Odtąd z dniem l sierpnia można było już jechać do Cieszanowa bez przeszkód oraz do całego Generalnego Gubernatorstwa ze stolicą i rządem niemieckim w Krakowie.
         W kiosku w Lubaczowie zaczęła się ukazywać wydawana w języku polskim "Gazeta Lwowska", która była jedynie oficjalnie dostępnym źródłem wiadomości, wyświetlano przedwojenne filmy polskie oraz niemiecki tygodnik wojenny z aktualnościami z frontu tzw. Deutsche Wochenschau.
         W miarę oddalania się frontu wojsko, stacjonujące w Lubaczowie razem z wojskowymi mieszkającymi na kwaterach w mieszkaniach prywatnych, wyjechało już z miasta na front. Przez stację lubaczowską stale przejeżdżały transporty wojskowe oraz długie transporty wagonów-platform wiozących od strony frontu wschodniego, zniszczony przez działania wojenne, sprzęt wojenny, tak sowiecki, jak i niemiecki, rozbite, spalone czołgi, armaty, auta, kadłuby samolotów itd. Był to widok niesamowity, ale najbardziej budziły grozę pociągi sanitarne z dużymi znakami czerwonego krzyża na białym tle. Taki pociąg zatrzymywał się na stacji w Lubaczowie, pielęgniarki nabierały wodę wiadrami i wylewały nieczystości, a z otwartych okien wagonów słychać było okropne jęki rannych żołnierzy i czuć było wielki smród chloru połączonego z odorem ropiejących ran. To był dopiero prawdziwy obraz wojny, bo przecież wielu z tych rannych żołnierzy było bez nóg, bez rąk, z wypalonymi oczyma. Taki widok budził strach oraz uprzytamniał ogrom ludzkiego cierpienia i nieszczęścia jakie niesie za sobą każda wojna. Z tych pociągów wynoszeni byli również umarli i przewożeni na niemiecki cmentarz wojskowy w Lubaczowie. Linia kolejowa przez stację Lubaczów była bardzo aktywna przez cały okres wojny. Kiedy nastąpiła już normalna komunikacja kolejowa z resztą G.G., po raz pierwszy dowiedzieliśmy się od ludzi, że pod okupacją niemiecką wcale nic jest lepiej. Przede wszystkim masowe wywozy młodych ludzi do Niemiec na przymusowe roboty, jak do fabryk produkujących dla wojska itp. Pracowali tam w ciężkich warunkach tracąc nie tylko zdrowie, ale nieraz i życie. U nas także gdzieś we wrześniu zostały rozlepione na mieście afisze zachęcające młodych ludzi do wyjazdu do Niemiec, obiecujące bardzo dobre warunki pracy i płacy oraz zdobycie zawodu, które przypominały takie same afisze z okupacji sowieckiej w 1939 r. wzywające młodych do wyjazdu z taką samą zachętą. Wszyscy dobrze wiedzieli czym to się skończyło, więc mając to w pamięci młodzi ludzie nie garnęli się do takiego wyjazdu, dlatego też miejscowy Arbeitsamt zaczął wysyłać kartki z wezwaniem pod rygorem odpowiedzialności karnej. Wiem, że kilku Żydów nie mających wyglądu semickiego zgłosiło się podając fałszywe nazwiska i wyjechało. Z moich znajomych pojechała też córka miejscowego fryzjera Sokulskiego - Krystyna. Od ludzi z G.G. dowiedzieliśmy się także, że tak jak łagry w ZSRR, zakładane są również tam obozy koncentracyjne nie tylko dla więźniów politycznych, że jednym z takich obozów jest obóz w Oświęcimiu. Również, jak w ZSRR, były obowiązkowe pod wielkim rygorem odpowiedzialności karnej dostawy, kontyngenty żywności. Męską młodzież po ukończeniu 19-tego roku życia brano przymusowo do tzw. Baudienstu do prac budowlanych w równie ciężkich warunkach. Inteligencja polska była na równi prześladowana, jak u nas za Sowietów, z tą tylko różnicą, że NKWD zostało zastąpione przez Gestapo, czyli niemiecką tajną policję polityczną.
         Podczas, gdy we wrześniu 1939 r. Niemcy wszystkich swoich zabitych żołnierzy zabierali i wywozili na zachód, teraz został założony specjalny cmentarz na miejscu. W lasku szpitalnym przed budynkiem samego szpitala wycięto z drzew duży obszar i na tym miejscu został założony niemiecki cmentarz wojskowy. Było tak około 300 grobów usytuowanych w równych rzędach. Wszystkie groby miały krzyże drewniane i tabliczki z nazwiskiem i stopniem wojskowym zabitego. W samym środku tych grobów leżeli oficerowie z oberstem, czyli pułkownikiem na czele. Na ten cmentarz zostali zwiezieni żołnierze niemieccy, zabici z całej rozległej okolicy. Na co dzień cmentarzem mieli się opiekować lubaczowscy wolksdeutsche, W pierwszą rocznicę ataku niemieckiego 22 czerwca 1942 r. na tym cmentarzu odbyła się podniosła uroczystość. Orkiestra niemiecka z Jarosławia grała niemieckie marsze wojskowe, przyjechały też z Niemiec rodziny zabitych żołnierzy. Po tych uroczystościach cmentarz tonął w kwiatach. A jaki był koniec tego cmentarza? W październiku 1944 r. na ten cmentarz wjechał potężny czołg T-34 i gąsienicami zorał wszystkie groby. Drzewo z połamanych krzyży pozbierali okoliczni mieszkańcy na opał. W 1957 r. przyjechała do Lubaczowa grupa młodych Niemców, którzy szukali tego cmentarza. W lalach siedemdziesiątych na części placu tego cmentarza zastał wybudowany parterowy budynek dla celów szpitala.
         Działania wojenne coraz bardziej oddalały się od Lubaczowa, a front coraz bardziej przesuwał się na wschód, tylko w dzień i w nocy nad miastem przelatywały samoloty niemieckie. To było jeszcze na początku jesieni, jak do naszego sąsiada Żyda Jankla, Judenrat przydzielił na mieszkanie jakąś obcą, nie z Lubaczowa, bogatą rodzinę żydowską. Jak się okazało uciekli oni z terenów na wschód od Lwowa, ponieważ w niedługim czasie po przejściu frontu, hitlerowcy zaczęli już masowo mordować Żydów. Nasi Żydzi byli tym ogromnie wstrząśnięci. Na cmentarzu żydowskim codziennie grabarze kopali po kilka grobów, co miało związek z epidemią tyfusu wśród Żydów powstałą na skutek złych warunków życiowych (głodu) i sanitarnych. Poza tym Żydzi nie podlegali leczeniu szpitalnemu w żadnym szpitalu, co także było powodem ich śmiertelności.
         W kiosku kupowaliśmy "Gazetę Lwowską", z której można było dowiedzieć się co się dzieje na froncie wschodnim, co było dla nas najważniejsze. W pierwszych miesiącach stale w niej pisano, jak to wojska niemieckie idą naprzód. We wrześniu już zajęli Kijów i byli pod Leningradem. W kinie był wyświetlany Deutsche Wochenschau, tygodnik wojenny, który pokazywał te wszystkie zwycięstwa, całą historię pierwszych miesięcy wojny, ale od listopada impet posuwania się wojsk niemieckich do przodu wyraźnie zmalał. Jesień, deszcze i wielkie błoto, brak dróg w Rosji był tym czynnikiem, który tzw. blitzkrieg zupełnie załamał.
         Zima przyszła wcześnie, bardzo mroźna i z wielkim śniegiem już w listopadzie. To była już trzecia zima wojenna. Widok żołnierzy niemieckich idących w furażerkach i swoich zwykłych płaszczach podczas zawiei śnieżnej i mrozu był bardzo osobliwy w kronice w kinie. Na początku grudnia wojska niemieckie znalazły się jednak w odległości 25 km od Moskwy. W tym czasie doszła do nas wiadomość, że Japończycy zniszczyli amerykańską flotę na Hawajach. Wydawało się, że znowu nadchodzi nasz koniec, że Niemcy wojnę wygrali, a hitlerowski terror też był taki sam jak sowiecki pod każdym względem. Już znowu żadnej nadziei. Było to przed samymi świętami w grudniu, kiedy przyszła wiadomość, że wojska hitlerowskie doznały wielkiej klęski pod Moskwą. Zostały odrzucone o ponad 100 km od Moskwy. Wtedy przyszła refleksja, że gdyby Hitler wiedział co go czeka w Rosji, to w ogóle wojny tej by nie zaczynał, ale na nasze szczęście Hitler zachęcony łatwym pokonaniem Francji podjął dla nas zbawienną decyzję ataku na Rosję Sowiecka. Gdyby nie ten fakt, setki tysięcy ludzi z całego obszaru województw wschodnich byłoby wywiezionych tysiące kilometrów od swojej ojcowizny i skazanych na okrutną poniewierkę, głód i śmierć.
         Zostaliśmy w Lubaczowie, co uważałem za swoje najwyższe dobro, mimo że od strasznej naszej tragedii, jaka miała nastąpić 22 czerwca 1941 r. dzieliły nas już tylko godziny.
         Dokonując bilansu kończącego się 1941 r. musieliśmy stwierdzić, że Lubaczów ocalał wbrew poprzednim obawom i my w nim. Wojna przetoczyła się przez nasze miasto i trwała bardzo daleko od nas. Ale ciągłe pytanie, co będzie dalej - stale pozostawało aktualne. Ta wielka niewiadoma ciążyła nie mniej, niż nasze poprzednie obawy. Jeszcze wtedy było nie do pomyślenia, że przyjdzie znowu czas, kiedy front wschodni będzie wracał przez naszą ziemię według starego przysłowia: "Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka".

    Część pierwsza i druga | Część trzecia | Część czwarta

    <:: Powrót

    Do góry Wszystkie prawa zastrzeżone. All rights reserved © 2001-2007
    .