::> Menu
  • Strona główna
  • Zdjęcia
  • Historia
  • Pamiątki
  • Pocztówki
  • Wspomnienia
  • Kroniki
  • Rejestr
  • Cmentarz
  • Litografie
  • Marian Kopf
  • FODZ
  • Listy
  • O stronie
  • Kontakt
    ::> News
  • Szkolenie Wojewódzkie Lubelska jesziwa
  • Ogólnopolska prezentacja Synagoga Nożyków w Warszawie
  • Wizyta Rabina (15 Listopad 2006)
    ::> Konkursy
  • Konkurs 2005/2006
  • Konkurs 2006/2007
    ::> Warto zajrzeć
  • Nasze gimnazjum
  • Lubaczow
  • Fodz.pl
  • Centrum Windows
  • Część pierwsza i druga | Część trzecia | Część czwarta

    ::> Wspomnienia - Marian Kopf - część trzecia

         Zima 1939/40 była ciężka. Spadł wielki śnieg, a mróz dochodził nocą do 40 stopni. Nie mieliśmy odpowiedniego ubrania do takich mrozów. Z opałem też było bardzo źle, nie było wolno jechać po drzewo do lasu, ponieważ tam rozlokowało się wojsko sowieckie. Węgla w ogóle nie było, ludzie zaczęli palić płoty. Jeszcze przed świętami, w grudniu 1939 r. zobaczyłem, jak ulicą koło naszego domu jechało kilka sań, na nich leżały jakieś tobołki i siedziały małe dzieci, a kobiety szły za tymi saniami. Koło sań szli żołnierze z nałożonymi na karabiny bagnetami. Dopiero na drugi dzień dowiedzieliśmy się, że byty to rodziny gajowych i leśniczych, a oni sami zostali aresztowani i wywiezieni wszyscy w głąb azjatyckiej Rosji.
         Jeszcze w jesieni 1939 r. nastąpiło upaństwowienie wszelkiego rodzaju handlu i przemysłu, tylko rzemieślnicy (szewc, krawiec, zegarmistrz itp.) mogli jeszcze prywatnie działać. Ludzie starzy, emeryci nie otrzymywali nic, stracili również swoje oszczędności w postaci polskich pieniędzy, ponieważ od października 1939 r. nikt nie chciał brać tych pieniędzy, tylko ruble i kopiejki. Od samego początku okupacji sami Sowieci za wszystko płacili rublami i kopiejkami, co spowodowało, że polski złoty praktycznie przestał już istnieć, mimo, że oficjalnie rubel, jako waluta obowiązująca, został dekretem wprowadzony dopiero od 21 grudnia 1939 r.
         Wszyscy przedwojenni urzędnicy zostali zwolnieni z dawnych urzędów, tylko częściowo dawni nauczyciele znaleźli zatrudnienie w szkołach. Ziemie kościelne i klasztorne rozdawane były chłopom. Na ludność nałożone zostały podatki od domów, ziemi, od konia, krowy, świni i obowiązkowy tzw. kontyngent w postaci zboża, ziemniaków, mięsa. Na mieszkańców miasta nałożony był również obowiązkowy szarwark, tj. udział w różnych pracach publicznych, W różnych punktach miasta rozlepiane były duże afisze wzywające młodzież do ochotniczego wyjazdu do "bardzo dobrej i płatnej pracy" w CCCP (ZSSR). Jak się później okazało, była to niewolnicza praca w kopalniach Donbasu, skąd ochotnicy ci nie mogli już wrócić. Nie brakowało tylko chleba, tytoniu i wódki, wszystkich innych artykułów było brak.
         Zima była czasem rozpamiętywania tragicznego września 1939 r. oraz refleksji na temat skutków wojny obronnej, o której wtedy wiedzieliśmy bardzo mało. Dopiero od ludzi, którzy wracali z wrześniowej tułaczki pomału nadchodziły różne wiadomości. Od nich dowiedzieliśmy się, że wojsko polskie broniło się przed wkraczającymi żołnierzami Armii Czerwonej, że w walce tej zostało zabitych setki żołnierzy sowieckich, spalonych setki czołgów, a za ten opór wojsko sowieckie mściło się na jeńcach, oficerach i ludności cywilnej. Po latach dowiedziałem się z książek, że w 1939 r. wojska hitlerowskie podczas agresji na Polskę miały wielkie straty, które spowodowały odłożenie planu ataku na Francję przez Hitlera z listopada 1939 roku na wiosnę 1940 roku. W zimie, w niedzielę po kościele, przychodzili do dziadka na pogawędkę jego znajomi, m.in. sierżant WP Władysław Mańkowski, który opowiadał o swoim udziale w kampanii wrześniowej, jak wojsko cofające się w ciężkich walkach obronnych masakrowane było przez samoloty, przez cały czas ostrzeliwane prze dywersantów, jak bardzo wyczerpani byli żołnierze, idąc spali, co może wydawać się wręcz nieprawdopodobne, ale rzeczywiście tak było. Kiedy podczas ataku na bagnety, w najbardziej krytycznych momentach walki, orkiestra pułkowa grała hymn narodowy, żołnierze szli jak szaleńcy, wywołując panikę wśród Niemców, którzy uciekali w popłochu, Mówił dalej, jak bez broni, z grupą kolegów, kiedy ich batalion przestał już istnieć, usiłowali przebić się lasami od Lwowa do Lubaczowa, mało brakowało, że mógł już wcale do niego nie wrócić. Wszyscy byliśmy wstrząśnięci jego opowiadaniami. Podczas tych rozmów wspominano gazety, które jeszcze przed wojną pisały na temat Hitlera, że był on malarzem z urodzenia, a został politykiem dlatego, iż nie przyjęli go do Akademii Malarskiej we Wiedniu (dzisiaj na aukcjach w Europie Zachodniej jego obrazki są w dużej cenie). Tak więc nigdy nie wiadomo od czego zalezą losy świata. Marszałek Edward Rydz-Śmigły był też malarzem, kształcił się w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, później jednak został w wojsku. Wspominano o wydarzeniach w samym mieście, kiedy to ludność polska we wrześniu 1939 ratowała książki z rozbitej Czytelni Polskiej przed zniszczeniem przez wroga. Czytelnia była bardzo bogata w książki. Sam budynek był drewniany, co ułatwiało jego spalenie, tak jak podpalane zostały żydowskie synagogi. Jednym z takich "wolontariuszy" ratujących książki był Marian Janiszkiewicz, którego dom rodzinny znajdował się na ul. Rejtana. Przed wojną uczęszczał do gimnazjum, za czasów stalinowskich został aresztowany ze względów politycznych, w więzieniu stracił zdrowie i po wyjściu, jeszcze w młodym wieku, w niedługim czasie umarł. Drugim takim, który ratował z Czytelni książki był Bronisław Dorota mieszkający na ul. Zamkowej, przed mostem. Chodził również przed wojną do gimnazjum, po wojnie skończył studia germanistyczne i pracował jako profesor w liceum w Kielcach. Również Ludwik Tabaczek należał do tych, którzy ratowali wtedy książki, choć było to bardzo niebezpieczne. Wspominano też, jak w 1939 roku sowieccy żołnierze wyjęli z kapliczki za spichlerzem (dzisiejsze Muzeum) figurę św. Jana i rzucili opodal do rzeki, a na samej kapliczce napisali ordynarne "ruskie" słowa.
         Po wkroczeniu Sowietów zupełnie zniknęli żebracy, którzy zwykle przed wojną siedzieli pod kościołem i cerkwią. Zachował się natomiast stary przedwojenny zwyczaj ogłaszania różnych zarządzeń władz poprzez bicie w bęben na rynku i na ulicach, a kiedy zebrała się już gromada ludzi, miejski woźny głośno odczytywał aktualne zarządzenie. Taką scenę można było widzieć nawet kilkakrotnie w ciągu tygodnia.
         W 1940 roku Żydzi dalej zbierali się w murach spalonej, murowanej bóżnicy, do której wbudowali bramę. Nie wiem jak wyglądało wnętrze bóżnicy po pożarze. Wiem z opowiadania samych Żydów, że 13 września 1939 roku w murowanej bożnicy starozakonni byli zebrani na swoich modłach. Kiedy przyszli Niemcy i chcieli wejść do środka, Żydzi z obawy przed nimi zamknęli się i drzwi-bramy nie otworzyli. Niemcy wysadzili bramę dynamitem, weszli i zastrzelili wszystkich znajdujących się we wnętrzu, potem całą bóżnicę oblali benzyną i podpalili. Wielki pożar trwał przez całą noc. Kahał, tj. żydowska władza dla danego miasta przed wojną mieściła się przy bóżnicach, po ich spaleniu przeniesiona została do domu rabina, dużego drewnianego budynku, który znajdował się mniej więcej w tym miejscu, gdzie obecnie stoi budynek MOK na ul. Konopnickiej. Kahał - gmina miała nieograniczoną władzę nad wszystkimi Żydami i Żydzi bardzo się jej bali. Wykonawcami poleceń i zarządzeń starszyzny kahału byli specjalni dozorcy synagogi. To kahał wysyłał codziennie na ulicę miasta swoich ludzi-faktorów, którzy spełniali specjalne polecenia kahału, dlatego też codziennie wokół bożnicy i kahału było aż czarno od żydowskich chałatów. Podstawą egzystencji Żydów byt zawsze handel, dlatego też wszelkie ograniczenia tego handlu po wkroczeniu Czerwonej Armii były dla starszego pokolenia Żydów bardzo niekorzystne. Z tego powodu zaistniał wielki konflikt między starszymi Żydami a młodymi, którzy wysługiwali się Sowietom. W rynku w domu byłego burmistrza Mazurkiewicza na piętrze mieścił się tzw. Raj.Par.Kom. czyli Rejonowy Komitet Partii, a w sieni tego budynku stał na warcie żołnierz NKWD, który pilnował i sprawdzał wchodzących. Tam najwięcej kręcili się młodzi Żydzi. Urzędnikami wszystkich urzędów również byli przede wszystkim Żydzi. Starsi Żydzi przeciwni Sowietom krytykowali postępowanie swojego młodego pokolenia. Sami Sowieci-Rosjanie nie lubili Żydów, nazywali ich Jewrejami.
         Do ludności polskiej Sowieci odnosili się wrogo, często używając wulgarnych słów, tak zwany "ruski bluzg". Sowietka mieszkająca w naszym domu pytała się mojej matki: Słusząjtie hadżajka, kak to u was jest? Wy pani, Żidiłka pani, Mater Boża pani, kak to u was jest? Ja niczewo nie poniemaju. Od niej to czasem dostawaliśmy gazetę pt. "Prawda", była organem WKP(b.). U góry był napis: "Proletariusz wszystkich krajów łączcie się", a w niej wiadomości w rodzaju: w Ameryce biali biją murzynów, dzieje się tam wielka niesprawiedliwość, panuje wyzysk robotników przez kapitalistów, Anglia to podstępny Albion. W gazecie nie było ani jednego słowa na temat faszystowskich Niemiec.
         Wszelki handel był tylko państwowy, a ponieważ ludzie mieli jeszcze różne towary sprzed wojny, to za posiadanie jakichś towarów tzw. manufaktury, która uznana była za spekulację - "obizatielno tiurma". Za niepłacenie podatków, za nie dostarczenie wyznaczonych kontyngentów, za nie odrobienie szarwarku, było tylko jedno określenie - sabotaż, dywersja, szpiony imperialistyczne "obizatielno tiurma". Za posiadanie broni - kara śmierci. Nikt nie mógł mieć innego obywatelstwa jak tylko sowieckie, w razie sprzeciwu - tiurma. Jak na ironię śpiewano bardzo modną sowiecką pieść, dość melodyjną, która do dziś pamiętam: "Szyroka strana maja radnaja", kończącą się słowami: "Ja takoj drugoj strany nie znaju, gdie tak swabodno dyszel czełowiek". Do bardzo niebezpiecznych przedmiotów należały aparaty fotograficzne, bo tylko szpiedzy mogli mieć takie aparaty, a dalej wiadomo jaki był koniec posiadacza aparatu. W rynku był zakład fotograficzny, który wyłącznie wykonywał fotografie do dowodów osobistych zwanych paszportami. Kto nie miał takiego paszportu wydanego przez NKWD, był podejrzany politycznie i przeznaczony do wywozu, tak się to nazywało wtedy, a nie do deportacji. Każdy posiadacz jakiegoś zegarka, nawet dużego budzika był potencjalnie zagrożony. Takim prostym sposobem zdobywania zegarków było niewinne pytanie: słuszajtie towariszcz skolko wremia? U was czasy jest? Jeśli naiwny się zdradził, że ma zegarek, to już było po zegarku, podobnie było z rowerami. Niezawodnym środkiem lokomocji pozostawał konik i własne nogi. Auta i motocykle mieli przed wojną tylko najwięksi burżuje, którzy mogli odkupić swoje winy karczując lasy na Kołymie, oczywiście w drodze łaski robotniczo-chłopskiej władzy. Kiedy Sowieci wchodzili do czyjegoś mieszkania, to najpierw patrzyli na ściany, jakie wiszą fotografie i obrazy. W wypadku, gdy na fotografii był jakiś wojskowy, pytali zaraz kto to jest i gdzie się teraz znajduje. Często zabierali takie fotografie dla potrzeb NKWD. Natomiast, gdy były to obrazy, reprodukcje patriotyczne, tematycznie związane z wojskiem polskim, na miejscu je rozbijali, a jeśli ktoś się sprzeciwiał, to już wychodził z domu razem z nimi. Pytali się także o książki o Piłsudskim, dopytywali się, kto takie książki posiada. Na obrazy religijne nie zwracali uwagi, ale często patrzyli za obrazy, czy nie ma tam czegoś ukrytego. Jeśli NKWD chciał kogoś aresztować, to zaczynało się od gruntownej rewizji całego mieszkania, a nawet całego domu. Zdzierali podłogi, rozpruwali pierzyny, poduszki, nawet poszukując dowodów rozbierali piece, a jeśli ich nie znajdowali, to sami coś podrzucali, np. pojedyncze naboje, granaty czy broń krótką. Gdy przychodzili zajmować kwaterę, nawet w tych domach najmniejszych, drewnianych o dwóch izbach, to najpierw padało grzeczne: Zdrastwujtie - potem pytali czy jest ,,swabodna kwartira". Gdy ludzie odpowiadali, że nie mają wolnego mieszkania, wtedy oni: Nu ładno, siejczas uże swabodna kwartira, po czym zajmowali pokój razem ze wszystkimi rzeczami, jakie się tam znajdowały, łóżkami, pościelą itd. Oczywiście nie mieszkali sami "komandiry", tylko z "żinkami" i "rybionkami". Dla gospodarzy zaczynał się wtedy prawdziwy koszmar, ponieważ nieproszeni goście brali sobie wszystko co chcieli, przede wszystkim żywność. Od momentu zajęcia kwatery stosowali jako metodę nieprzychylność i wrogość, aby ludzie bali się ich i byli ulegli. Jedną z takich metod najczęściej stosowanych było: Pokażi ruki, tj. dłonie. Jakie one są? Czy są spracowane, czy gładkie? Czy czarnoroboczyj, czy jaśnie pan? Wtedy zaczynały się groźby i kłopoty, uznawali tylko czarnoroboczych. W stosunku do Polaków powtarzali na każdym kroku główną zasadę: "Kto nie rabotajet, tot nie kuszajet".
         Już od samego początku sowieckiej okupacji inteligencja znalazła się w trudnej sytuacji i była szczególnie prześladowana. Polscy oficerowie, granatowi policjanci, urzędnicy starostwa i sądu, którzy nie zdążyli skutecznie się ukryć zostali aresztowani jeszcze w jesieni 1939 roku. Później byli pilnie tropieni przez miejscowych konfidentów, którzy wysługiwali się okupantom. Wszyscy aresztowani bezzwłocznie byli wywożeni do więzień i łagrów w głąb Rosji, tak więc już od początku 1940 roku w wielu polskich domach była żałoba po stracie najbliższych.
         W dniu 11 lutego w niedzielę, po kościele dowiedzieliśmy się, że w sobotę 10 lutego podczas wielkiego mrozu NKWD wywiozło kilkanaście rodzin rolników z kolonii na Hrynkowie, nie dając im czasu na zabranie i spakowanie ubrań oraz najpotrzebniejszych rzeczy. Widzieli to ludzie mieszkający w Lubaczowie na Piaskach, widzieli nie ubrane małe dzieci, przerażający widok, jak na czas zimy. Wśród tych ludzi był także lekarz Szczepan Kruczek, który przed wojną kupił ziemię w Hrynkowie i tej krytycznej nocy tam się znajdował. Miał jednak wyjątkowe szczęście, bo we Lwowie, podczas postoju wagonów na bocznym torze, udało mu się przekupić złotym zegarkiem ruskiego sołdata - zdołał uciec z transportu. Po gajowych i leśnikach w grudniu 1939 r. była to już druga deportacja, Dla mieszkańców miasta ta przygnębiająca wiadomość stała się poważnym ostrzeżeniem. Przemożny strach zapanował nad miastem, mundurowi Sowieci w czapkach z niebieskim denkiem i czerwonym otokiem NKWD byli stale widoczni na ulicach.
         Na początku kwietnia dowiedzieliśmy się z radia londyńskiego, że zakończyła się wojna między ZSRR a Finlandią. Dziwili się wszyscy, że nie ma fanfar zwycięstwa, żadnej wzmianki w gazecie "Prawda", a sami Sowieci nic nie mówili na ten temat, jakby unikali wstydliwego tematu. Taki potężny Związek Sowiecki i taka maleńka Finlandia, a nie było miażdżącego zwycięstwa? Wszystkich dziwił ten fakt, w końcu wobec tego co się wokół nas działo, poszło to wszystko w zapomnienie.
         W domu dziadków od jesieni 1939 roku mieszkała żona aresztowanego już kapitana Ludwika Ostrowińskiego Kinga z córką Haliną i synem Henrykiem, którzy byli moimi rówieśnikami. Ze względu na aresztowanego ojca, oficera, czuli się bardzo zagrożeni, więc matka ich chciała sprzedać meble i wyjechać z Lubaczowa. Było to w piątek 12 kwietnia, kiedy na nasz balkon przyleciała duża sroka i tak długo i przeraźliwie skrzeczała, że moja matka Bronisława odebrała niesamowite wręcz zachowanie tej sroki, której przed tym wydarzeniem nigdy nie widzieliśmy, jako znak wróżący przybycie gości. W sobotę 13 kwietnia o brzasku usłyszałem silne walenie do naszych drzwi. Natychmiast wstałem, wstał również mój dziadzio Franciszek Lada. Bili w drzwi kolbą karabinu, nie było rady, trzeba było otwierać. Do mieszkania weszło 5 osób, 2 enkawudzistów, 2 żołnierzy z bagnetami na karabinach, miejscowy młody Żyd, którego znałem z ulicy, Cywil popatrzył i powiedział: Towariszczi eta nie tu. Nic nie mówiąc wyszli i skierowali się do drugich drzwi, gdzie mieszkali Ostrowińscy. Znów walenie kolbą karabinu w drzwi, długo nikt nie otwierał. Dopiero jak wybili szybę w oknie, drzwi się otworzyły i zaraz usłyszeliśmy głośny płacz. W tym czasie zajechał chłopski wóz, tzw. podwoda. Cywil zaraz poszedł, a z mieszkania Ostrowińskich cały czas słychać było płacz i pokrzykiwanie Sowietów. Trwało to jakiś czas, a potem żołnierze zaczęli wynosić na wóz trochę rzeczy. Wyszedłem z matką i dziadkiem na balkon, płakaliśmy tak, jak oni. Henryk i Halina już zeszli ze schodów, a Kinga Ostrowińska w ostatniej chwili chwyciła się drzwi krzycząc, że mogą ją zabić, ale ona nigdzie nie pójdzie. Wtedy jeden z tych enkawudzistów powiedział do niej: Wasz muż poiskij oficer, oni naszych bili w dwadcatom godu. Staliśmy jak sparaliżowani, patrząc co się dzieje: zaczęli ją bić i siłą odrywać jej ręce od drzwi, aż upadła, a na rozkaz enkawudzisty jeden z żołnierzy ściągnął ją po schodach na podwórze. Popychając, wyprowadzili wszystkich na ulice, za nimi jechał wóz z ich rzeczami. Z okien od ulicy zobaczyliśmy, że po drugiej stronie pod budynkiem piekarza Białozorskiego rozgrywa się podobna scena. Razem ze starymi Biatozorskimi zabrali ich wnuka Jerzego Wojnarowicza, któremu we Lwowie, tak jak lekarzowi Kruczkowi udało się uciec w ostatniej chwili przed odjazdem transportu na wschód. W dniu 13 kwietnia było jeszcze zimno, resztki śniegu pozostawały w ogrodzie. Tej nocy Sowieci wywieźli wiele polskich rodzin, m.in. z Unii Lubelskiej rodzinę kapitana Zawadowskiego, który przed wojną był urzędnikiem w starostwie, rodzinę Krauzów i wiele, wiele innych rodzin. Przez całą noc na ulicach miasta słychać było tylko płacz, krzyki, turkot jadących wozów i tupot sołdackich buciorów, jeszcze tego samego dnia w południe poszedłem ze swoją babcią Franciszką Ladową na stację kolejową do tych naszych wywiezionych, aby zanieść im jedzenie. Wagony towarowe miały na dachach kominki, okienka zakratowane byty drutem kolczastym, a długi skład wagonów, z którego dochodził płacz i jęk, stał za stacją od strony wschodniej. Dookoła wagonów chodziły straże, żołnierze NKWD. Przed nasypem kolejowym stał już spory tłum ludzi, którzy przyszli do swoich bliskich. Ostrowińscy byli w tym wagonie, przed którym akurat zatrzymaliśmy się. Kiedy żołnierz oddalił się, babcia zawołała do nich i podbiegła do samego wagonu, a już z okien wyciągnęły się ręce, aby odebrać od niej chleb i dzbanek mleka, który przynieśliśmy dla nich. Niestety, w tym momencie żołnierz odwrócił się, zaczął krzyczeć i natychmiast przybiegł, potrącił babcię, aż upadła, mleko wylało się, a chleb, który upadł na ziemię żołdak zaczął deptać butami, nic z tego chleba nie zostało. Widząc to ludzie, którzy stali przed nasypem, zaczęli wszyscy głośno krzyczeć i wyzywać żołdaków najgorszymi słowami. W odpowiedzi żołnierz zaczął strzelać ponad głowami, na odgłos strzałów przybiegli inni ludzie. Do wagonów szliśmy z nadzieją, że będzie można podać coś na drogę tym nieszczęśliwym ludziom, a tak fatalny był tego finał. Na drugi dzień poszedłem jeszcze zobaczyć, czy będą jakiś możliwości podania żywności, ale żołnierzy było znacznie więcej, z psami stali rozstawieni w dużej odległości od wagonów, że nikt już nie mógł podejść tak blisko, jak dnia poprzedniego. Wagony stały jeszcze dwa dni, ponieważ NKWD zwoził w dalszym ciągu ludzi spoza Lubaczowa. Od tego dnia nikt już z Polaków nie był pewny swego losu, każda nadchodząca noc mogła być ostatnią. Wszystkie mieszkania wywiezionych natychmiast zostały zajęte przez Sowietów z rodzinami, co było zwykłym rabunkiem mienia, jakie pozostało po Polakach. Jeszcze tego samego dnia, po zabraniu nieszczęsnych Ostrowińskich, do opuszczonego przez nich mieszkania sprowadził się Sowiet o nazwisku Woron wraz z żoną i synem. Woron chodził ubrany po cywilnemu, nie wiedzieliśmy kim jest naprawę, w każdym razie mieszkanie mieli z miejsca umeblowane.
         W tym samym czasie kiedy trwały masowe deportacje ludności polskiej w głąb Rosji, daleko w lasach Katynia rozgrywała się krwawa tragedia, mord na bezbronnych jeńcach, polskich oficerach. Przez 50 lat Sowieci nie chcieli się przyznać do tej zbrodni.
         Na drugi dzień po sprowadzeniu się Woronów, przyszło zawiadomienie, aby moja matka zgłosiła się do NKWD celem odebrania paszportu. Matka była pod wielkim wrażeniem wydarzeń dnia poprzedniego i podejrzewała czy naprawdę chodzi o paszport, czy też jest to podstęp, ale nie było innego wyjścia i musiała pójść. Na całe szczęście chodziło rzeczywiście o paszport. Odebrany dokument z datą 15 kwietnia 1940 r., ważny aż na 5 lat do 1945 r. wywoływał wielkie zdziwienie: Co! Oni chcą. tu być tak długo? Po tych wszystkich wydarzeniach nie mogliśmy dojść do równowagi psychicznej, dlatego też matka spakowała walizkę, wzięła żywność i pociągiem przez Rawę Ruską wraz ze mną wybrała się do krewnych do Lwowa. Po drodze przed Brzuchowicami widziałem jeszcze ślady wojny z 1939 roku, okopy, wraki spalonych polskich czołgów, które potem malowałem. Podczas tej podróży zdarzył się bardzo niebezpieczny incydent. Wagon kolejowy był przepełniony, panował tłok, oprócz Sowietów najwięcej było Żydów. Staliśmy całą drogę, ale obok siedziała na ławce Żydówka trzymając obok siebie bagaże. Matka zwróciła się do niej grzecznie, czy nie można dać bagaże na półkę i zwolnić miejsce do siedzenia, jak zrobili to inni. Wtedy Żydówka zaczęła krzyczeć: Już szlag trafił Polskę, już szlag trafił polskich panów, wasze miejsce jest tam, gdzie białe niedźwiedzie. Obok jechali mundurowi Sowieci, powstała bardzo niebezpieczna sytuacja, W swoim gniewie Żydówka mogła im powiedzieć np., że mówiliśmy coś złego na Stalina, więc natychmiast zaczęliśmy stamtąd wychodzić. Wtedy przypomniałem sobie, jak na akademii z okazji Rewolucji Październikowej 7 listopada 1939 r., na scenie dawnej Czytelni Polskiej, młodzi żydowscy uczniowie, pionierzy w czerwonych krawatach brali udział w przedstawieniu, na którym mówili, jak przed wojną w Polsce biedni Żydzi byli gnębieni i zaśpiewali swoją konspiracyjną z tego czasu piosenkę: "Jeszcze Polska nie zginęła, ale zginąć musi" i dalej: "Marszałek Śmigły Rydz to bardzo dzielny żołnierz, on na koniku do Rumunii chyc, chyc, chyc". Potem następowała scena, jak wkracza Czerwona Armia, a oni witają ją kwiatami, rzucając się ze szczęścia żołnierzom na szyję - rzeczywiście w tym momencie wszedł na salę krasnoarmijec. Scena z tego powitania była identyczna jak ta, jaką widziałem podczas wkraczania Czerwonej Armii do Lubaczowa 26 września 1939 roku. Córka naszego sąsiada Żydówka Szejwy Korman wyrwała z naszego ogródka kwiaty, rzuciła na jadących Sowietów i wołała: Nasze wojsko jedzie. Ojciec jej Natan Korman, krawiec, który postawił sobie przed wojną piętrową kamienicę, mówił wtedy do mojego dziadka: Jaki mi wielki wstyd przyniosła córka, jaka ona głupia.
         Kiedy we Lwowie wyszliśmy z pociągu, zobaczyłem zbombardowany dworzec kolejowy, dalej na ulicy Grodzkiej i na przyległych do niej ulicach widać było zniszczenia wojenne. W pierwszym tygodniu mieszkaliśmy na ul. Dzieci Lwowskich, w drugim tygodniu na ul. Arciszewskiego, ponieważ w jednym miejscu nie można było zbyt długo przebywać ze względu na węszących wszędzie konfidentów. Codziennie na ulicach było dużo ludzi, gdyż w tym czasie we Lwowie przebywały tłumy uciekinierów jeszcze z września 1939 roku. Któregoś dnia na ulicy w największym zdumieniu zobaczyliśmy idących ul. Akademicką niemieckich oficerów w towarzystwie oficerów sowieckich, było to dla nas niepojęte. Po latach dopiero okazało się, że jeszcze w sierpniu 1939 r. Hitler zawarł ze Stalinem pakt o ataku na Polskę, a w dniu, w którym wkraczali Sowieci do Lubaczowa w dalekim Brześciu nad Bugiem odbywała się niemiecko-sowiecka defilada wojskowa jako defilada zwycięstwa nad Polską. We Lwowie na niektórych budynkach urzędowych powiewały czerwone flagi, a ulice pełne były mundurowych Sowietów. Jak się później okazało, widziani przez nas Niemcy byli z komisji, która zajmowała się wyjazdem do III Rzeszy kolonistów niemieckich z ziem zajętych przez Sowietów. W tym czasie wyjechali koloniści-Niemcy z Burgau w Młodowie, z Reichau z Baszni, z Fenseldorfu w Dąbkowie i z innych kolonii. We Lwowie na Łąckiego widzieliśmy dużo ludzi stojących z paczkami przed bramą więzienia, tam też słychać płacz. W czasie tych dwóch tygodni mego pobytu, chodząc ulicami niejednokrotnie widziałem, jak między tłumem ktoś uciekał, a za nim pędzili enkawudyści i strzelali do góry, jak np. na ul. Zielonej, innym razem prowadzili aresztowanego młodego mężczyznę. Od naszych krewnych dowiedzieliśmy się, że w tym samym czasie, co w Lubaczowie, we Lwowie także był wielki wywóz tysięcy ludzi deportowanych w głąb Rosji. Wśród wywiezionych byli również bardzo bogaci Żydzi, przedwojenni fabrykanci, przemysłowcy, bankierzy itp., ale byli to nieliczni Żydzi. Tysiące uciekinierów jeszcze tam przebywających czekało na swój los dwa miesiące, o czym wtedy nikt jeszcze nie mógł wiedzieć. Także we Lwowie dowiedzieliśmy się, że Niemcy uderzyli na Belgię, Holandię i Danię i znowu odnieśli zwycięstwo, była to przygnębiająca wiadomość.
         Rotunda Panoramy Racławickiej była zamknięta, mimo iż nie została zniszczona, przyszedłem tam jednak, by chociaż przywołać wspomnienia z wakacji w 1938 roku, kiedy zwiedzałem Panoramę, wywarła wtedy na mnie ogromne wrażenie. We Lwowie było również niebezpiecznie, jak w Lubaczowie, postanowiliśmy więc wracać. Na stacji we Lwowie, na bocznym torze stały wielkie platformy czołgów, skrzydła samolotów, połamane wozy wojskowe itp., wszystko zebrane z pól bitewnych września. W drodze powrotnej do Lubaczowa, kiedy nasz pociąg stał w Rawie Ruskiej, nagle usłyszeliśmy jakiś szum, przenikliwy zgrzyt żelaza i wysokie tony dźwięków pochodzących od metalu. Wszyscy rzucili się do okien.
         To właśnie w tej chwili z przeciwnej strony wjechał na stację sowiecki pociąg pancerny pomalowany w jednolitym zielonym kolorze, różniący się sylwetką od polskiego pociągu pancernego, który widziałem w 1939 roku, niemniej groźny. Wtedy jakiś "fachman" mówił, że tyle ton żelaza trudno jest ruszyć z miejsca, ale jak się rozpędzi, trudno taki pociąg zahamować. Pamiętam, że wagony artyleryjskie miały grube lufy dział ciężkiego kalibru, a w środku składu na platformie stał ciężki karabin maszynowy o 4 lufach skierowanych do góry. Byt to dla malarza bardzo ciekawy widok, oczywiście w domu spróbowałem malować tego potwora.
         Po powrocie do Lubaczowa politruk Nar-Oświaty pytał mnie wielokrotnie, dlaczego nie chodziłem do szkoły, gdzie byłem przez ten czas, co robiłem, bo już wiedzieli, że nie byłem w domu i nie byłem chory, nie włączałem się też do przygotowań na uroczystość 1-go maja. W Tym dniu nie było nauki, tylko uroczystość - manifestacja na rynku, wszędzie czerwone flagi i znowu Akademia w dawnej Czytelni Polskiej, gdzie na scenie stało popiersie Lenina i duże portrety Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina. Udział w takiej akademii był niebezpieczny, bo tzw. "szkolary" śmiali się z byle czego, a "ruskie" tylko patrzyli i obserwowali. W Rzeszowie przed wojną w dniu 1-go maja także nie byłem w szkole z uwagi na częste zamieszki na ulicach. Widziałem, jak w 1939 r. szedł nieduży pochód, nieśli czerwone szturmówki i transparenty, z boku na koniach jechała policja. Idący w pochodzie wznosili okrzyki: Chcemy chleba, pracy, precz z klerem i sanacją.
         W połowie maja gruchnęła wieść, że Niemcy uderzyli na Francję i znowu zwyciężają. Mówiono, że porażka Francji jest swego rodzaju karą dla Francuzów, którzy w 1939 roku nie przyszli z pomocą Polsce wbrew zawartej umowie. Któregoś dnia sąsiad Żyd powiedział do dziadka: Richtig znowu będzie kiedyś wywóz nowy, tylko jak te wagony zawiozą tych biedaków i jak wrócą z powrotem, to jakieś dwa miesiące trzeba liczyć na to. Tak sobie Żydzi obliczali: w grudniu 1939 pierwszy wywóz, ale mały, potem za dwa miesiące w lutym 1940 drugi wywóz, znowu za dwa miesiące w kwietniu trzeci wywóz, to wypadałoby na czerwiec, następny, jak wrócą te wagony. Wiadomości te Żydzi mogli mieć od swoich konfidentów, a nawet samych Sowietów, którzy przy wódce mogli się z czymś zdradzić.
         W połowie czerwca dowiedzieliśmy się, że znowu Niemcy uderzyli na Norwegię, zajęli już Paryż i całą Francję. Te wszystkie zwycięstwa Hitlera były dla nas bardzo przygnębiające i stwarzały atmosferę beznadziejności. Gazeta moskiewska "Prawda" pisała, że Stalin składał Hitlerowi gratulacje z powodu zwycięstwa nad kapitalistyczną Francją.
         Ulicami miasta często szła kompania ruskich bojców i śpiewała na całe gardło. Z boku szedł jeden żołnierz tzw. "zapiewajło", który w specyficzny sposób, najsilniejszym głosem wtórował piosence.
         Dowiedzieliśmy się w tajemnicy od znajomych, że jeszcze w marcu lekarz Zygmunt Leszczyński wraz z żoną Marią i córką Alicją koło Cieszanowa przedostał się na stronę niemiecką, co w warunkach nieprzekraczalnej granicy było wydarzeniem wręcz niewiarygodnym, a jednak prawdziwym. Ucieczka ta była reakcją na deportację lekarza Szczepana Kruczka wywiezionego jeszcze w lutym.
         W czerwcu, po połowie miesiąca przyszedł z Kazachstanu list od kapitanowej Kingi Ostrowińskiej. Na kartkach kratkowanego zeszytu były słowa zapisane chemicznym ołówkiem barwy fioletowej, rozmyte jakby w wodzie, a może we łzach? Był tam opis uciążliwej podróży trwającej ponad miesiąc, zawiadamiała nas, że mieszkają w ziemiance na stepie, ciężko pracują w kołchozach i bardzo głodują, dokucza im surowy klimat i przyroda, a najbardziej robactwo. Kartki tego listu złożone były w trójkąt, a ponieważ polskiego alfabetu i języka niska poczta nie znała, dlatego też przyszedł list w całości. Płakaliśmy nad nim jak małe dzieci, zaraz też matka wysłała do Kazachstanu na podany adres dużą paczkę żywnościową, m.in. słoninę, cukier, mąkę, kaszę, zapałki, czosnek jako lekarstwo itd. Takich paczek wysłaliśmy im kilkanaście.
         Pamiętając wyliczenia Żyda-sąsiada, a była już druga połowa czerwca, co drugi dzień chodziłem drogą tartaczną, przed wieczorem, do stacji kolejowej, aby zobaczyć, czy nie stoją wagony towarowe z kominkami, również sprawdzałem na starej targowicy czy nie zajeżdżają tzw. forszpany, czyli podwody potrzebne do wywozu.
         Częste awarie turbiny elektrycznej we młynie powodowały, że w oknach lubaczowskich domów, jak dawniej przed wojną paliły się lampy naftowe dające słabe światło. Zresztą w tym czasie Lubaczów wyglądał zupełnie inaczej jak dzisiaj, na każdej ulicy było dużo drewnianych domów, obecnie już nie istniejących. Dla przykładu podam: w miejscu gdzie wznosi się dziś przy ul. Kościuszki pomnik, wśród starych jesionów stało 5 żydowskich, parterowych, drewnianych domów. Pas ziemi, na którym stały te domy był dosyć wysoką górką. Na zapleczu tych domów, gdzie dzisiaj biegnie szeroka asfaltowa ulica Sienkiewicza, była wysoka skarpa ziemi, a dołem ciągnęła się wąska dróżka na jeden wóz. Wszystkie te domy i komórki zostały rozebrane na wiosnę 1943 roku po likwidacji getta. Przy rozbieraniu domów i piwnic została odkryta piwnica-schron, w którym ukryło się kilkunastu Żydów z dziećmi. Zostali oni wywiezieni przez Niemców za miasto i rozstrzelani w dole przeciwczołgowym pod Hrynkowem. Gdy niemieccy żandarmi wyprowadzili nieszczęsnych na ulicę, jedna młoda Żydówka zaczęta uciekać, przebiegła przez jezdnię i była już za furtką domu Katza, ale padły strzały i została zabita na miejscu. To była właśnie Szejwy Korman, która rzucała kwiaty czerwonoarmistom. Po styczniowej akcji w gettcie, na wiosnę 1943 roku śnieg stajał i razem z krwią spływał przy krawędziach chodnika.
         W trzeciej dekadzie czerwca 1940 roku dowiedzieliśmy się, że wojska sowieckie zajęły Litwę, Łotwę i Estonię, trzy malutkie państewka nadbałtyckie, które nie miały żadnych szans na stawienie oporu wobec takiego kolosa. Żydzi mówili, że Stalin pozazdrościł Hitlerowi sukcesów militarnych. Zaraz też doszła następna wiadomość, że w ostatnich dniach czerwca wojska sowieckie zajęły rumuńską Besarabię.
         Zauważyliśmy, że Żydzi są jacyś niespokojni, coś szepcą między sobą, konfidenci zaglądają na wszystkie podwórka, pytają każdego skąd jest, od kiedy mieszka w Lubaczowie. Któregoś dnia przyszedł do dziadka starszy Żyd mieszkający w sąsiedztwie i prosił czy może przenocować w naszej szopie. Dziadek zgodził się. Żyd przychodził do nas spać na noc, później spał na strychu.
         Było gorące lato. W piątek 28 czerwca koło kościoła kramarze zaczęli ustawiać swoje stoiska, mieli pozwolenie władz, gdyż Sowieci sami byli ciekawi, co za sprzedaż będzie na odpuście 29 czerwca w dzień św. Piotra i Pawła. Nawet żona Worona powiedziała do nas "ot interesno", myśląc o odpuście. Może też Sowieci przez zezwolenie chcieli ludzi uspokoić, ukryć własne plany, 28 czerwca "nasz" Żyd, nocny sublokator nie przyszedł spać jak zwykle, tylko chwilę pokręcił się po podwórzu, poszedł do ogrodu i przez ogród na pola. Zboże było jeszcze zielone, ale już wysokie, Żyd zniknął wśród tych łanów. Powiedziałem o tym matce i szybko miedzą przez pola pobiegłem na stację kolejową zobaczyć, czy stoją wagony z kominkami. Kiedy idąc miedzami skręciłem w stronę tartaku i zbliżałem się już do torów kolejowych, w tym momencie zobaczyłem, że jedzie jakiś pociąg od strony Baszni. Godzina była późna, przed dziewiątą wieczorem, ale było jeszcze całkiem widno, słońce dopiero zachodziło. Odczekałem chwilę aż pociąg przyjechał blisko i zatrzymał się w tym samym miejscu, gdzie stały wagony 13 kwietnia. Upewniłem się, że to wagony towarowe i z kominkami. Natychmiast pobiegłem do domu i powiedziałem matce, że są już wagony przygotowane do wywozu. Zastanawialiśmy się, gdzie iść na noc, aby się najpewniej ukryć. Zdecydowaliśmy, że jak "nasz" Żyd, pójdziemy w pola. Ubraliśmy się cieplej, jak już się całkiem ściemniło wyszedłem z matką przez ogród na pola między ul. Kopernika a drogą tartaczną. Przez dziurę w płocie udało się wejść na plac tartaczny. Leżały tam jakieś kloce koło rosnących starych drzew i tam zostaliśmy, zachowując całkowitą ciszę, aby nikt nas nie usłyszał. Noc była ciemna, ciepła, jeszcze przed północą, gdy nagle zaczęły latać i krzyczeć sowy. W pewnym momencie sowa z wielkim krzykiem przeleciała nad naszymi głowami. W tych starych drzewach sowy miały swoje gniazda, więc nic dziwnego, że denerwowały się naszą obecnością. Musieliśmy jednak przenieść się w drugi kąt placu, ponieważ sowy nie przestawały krążyć nad głowami, a ich krzyki stawały się nie do zniesienia. Tam w trawie też leżały jakieś belki, siedząc na nich zostaliśmy aż do rana. Nad ranem, kiedy na horyzoncie wstawał świt zaczęło się coś dziać, słyszeliśmy głosy, krzyki, zaczął się ruch. To rozpoczął się wywóz. Nagle usłyszeliśmy, ze ktoś biegnie pod płotem tartaku, jakieś głosy, w końcu już całkiem blisko usłyszeliśmy nawoływania po żydowsku: "Fajgi, Fajgi, kiertajh". Było już jasno, jak pojawiły się furmanki z miasta na stację do tych wagonów, dochodził stamtąd krzyk, płacz dzieci. Przez szpary w płocie widzieliśmy tragedię ludzką. Furmanki stawały nie przed samymi wagonami, tylko trochę z boku, żołnierze pędzili grupy ludzi do wagonów. Widok przerażający. Był już dzień, słońce świeciło coraz wyżej, furmanki przestały już dojeżdżać do wagonów, tylko od czasu do czasu żołnierze NKWD prowadzili jeszcze poszczególne osoby, kobiety i mężczyzn. Poprzedniego dnia, idąc późnym wieczorem w kierunku tartaku, zupełnie nie myślałem, że będziemy z matką świadkami takiego widoku ludzkiej rozpaczy i barbarzyństwa okupanta. Wtedy szukaliśmy bezpiecznego schronienia, tartak wydawał nam się takim miejscem. Kiedy akcja została zakończona, wyszliśmy stamtąd i tą samą ścieżką-miedzą wróciliśmy od strony pola i ogrodu do domu. Na podwórzu byli dziadkowie, nikt tej nocy do nas nie przychodził. Później dowiedzieliśmy się, że w tę noc 29 czerwca wielu Żydów uciekło w pola, wiedzieli o tym wywozie od swoich konfidentów, tym razem NKWD wywiozło o wiele więcej Żydów "bieżeńców" niż innych, w sumie kilkaset rodzin. Byłem znowu zobaczyć te wagony. Przed odjazdem do ostatniego wagonu został dołączony wagon-platforma, na którym był ustawiony karabin maszynowy z obsługą. Transport odjechał następnego dnia.
         Jeszcze w jesieni 1939 roku sowiecka milicja chodziła dom w dom i spisywali kto kim jest, skąd pochodzi itp. Chcąc zachęcić ludzi do mówienia prawdy zapewniali, że jeżeli ktoś nie jest z Lubaczowa, ale z terenów zajętych przez Niemców, to władze sowieckie ułatwią im powrót do ich domów. Ludzie cieszyli się, nie wiedzieli, że są na liście NKWD jako tzw. "bieżeńcy" i zamiast do swoich domów pojadą w przeciwnym kierunku, jak niewolnicy do najcięższych robót: w kopalniach, gdzie stali po pas w wodzie, do karczowania wiekowej puszczy syberyjskiej przy mrozach dochodzących do 60-ciu stopni. Ci bieżeńcy byli to ludzie, którzy w 1939 roku we wrześniu uciekali przed Niemcami na wschodnie tereny kraju, a potem z powrotem przed Sowietami. Ustanowiona na ziemiach polskich granica demarkacyjna odcięła im drogę powrotu do ich domów, które pozostały po niemieckiej stronie. Ludzie ci żyli w nędzy utrzymując się z dorywczej pracy fizycznej.
         Nastąpiło chwilowe uspokojenie ludności, ale konfidenci chodzili dalej i zaglądali do wszystkich podwórek, byli to jacyś nie znani mi osobnicy, a wśród nich Sowieci po cywilnemu. Licząc, że następny wywóz może być dopiero za dwa miesiące, aż wrócą z Rosji wagony, byliśmy spokojniejsi i spaliśmy w domu. W nocy, w piątek 5 lipca nad ranem, zbudził nas krzyk i płacz z ulicy. Znowu jadą wozy, znowu idą żołnierze z bagnetami na karabinach i prowadzą jakichś ludzi? W całym mieście słychać krzyki, ruch, po ulicy gonią enkawudziści... Wywóz! Całkiem niespodziewany, przeprowadzony jako dodatkowy do wyłapania tych wszystkich, którzy uciekli 29 czerwca. Znowu najwięcej zostało złapanych i wywiezionych bieżeńców Żydów. Po tym wywozie znajoma Żydówka powiedziała do mojej matki: Myśmy myśleli, że oni (Sowieci) to dobrzy ludzie, a to złodzieje, szubrawcy, ażeby szczeźli. Teraz zrozumieli, jak było im "źle" przed wojną. Ten wywóz był wielkim ostrzeżeniem, że tak naprawdę nigdy nie da się przewidzieć, kiedy będzie następny, gdyż może być w każdym czasie. Na temat młodych Żydów, którzy wysługiwali się Sowietom, sąsiad Jankiel Nadel powiedział: Jakie oni (młodzi Żydzi) durne, w komunie nie ma dla nas życia, nie ma handlu, wszystko państwowe, wszystko kradnie samo państwo. Stary Gotlib, którego syn był konfidentem wyraził się podobnie: Ja już wyrzekłem się własnego syna, on stracił rozum całkiem. Teraz już nie było wiadomo, co przyniesie jutro, wszyscy bali się tego jutra. Wiedzieliśmy, że Sowietów jest coraz więcej, więcej niż tutejszej ludności, bo ludzie przychodzący ze wsi mówili często, że w nocy nowe wojsko przyszło do lasów.
         W międzyczasie kilkakrotnie wzywano mojego dziadka na NKWD. Stale były pytania, czy był w wojsku polskim w 1920 roku, skąd miał pieniądze na wybudowanie murowanego domu, kiedy ludzie mają drewniane itp. Dziadek podczas I wojny światowej służył tylko w wojsku austriackim, ale ludzie kłamali i donosili. Tak samo była wzywana na NKWD moja matka, dlatego też mieliśmy podstawy do obaw o nasze bezpieczeństwo.
         Wychodząca polskojęzyczna gazeta "Czerwony Sztandar" kosztowała 20 kopiejek i miała cztery strony. Sam tytuł byt w kolorze czerwonym, papier bardzo złego gatunku, również zamieszczane w niej fotografie były marne i złej jakości, ale nikomu to nie przeszkadzało, ponieważ dotyczyły zwykle tych towarzyszy, których nie lubiano. W treści gazety nie było prawie żadnych wiadomości ze świata, które by nas interesowały, a jeśli były to np. takie: w jakiej nędzy żyje robotnik w Ameryce, jak bardzo ma spasiony brzuch kapitalista wyzyskiwacz, jaka była straszna niedola ludu pracującego w Polsce przed wojną, jak jest teraz dobrze, jak polscy panowie bili i męczyli więźniów w Berezie Kartuskiej, jak kler wyzyskuje ciemnotę prostego ludu, jakie szczęście być sowieckim traktorzystą. Dalej następowały opisy życia w ZSRR, o bohaterach socjalistycznej pracy osiągających najwyższe normy, o tzw. stachanowcach będących przykładem, jak powinien pracować sowiecki człowiek dla bieżącej pięciolatki, podatne były fotografie tych stachanowców i ich zakładów pracy, wielkie budowy, wielkie huty ciężkiego przemysłu, wielkie zapory wodne itd. Takie same teksty o kołchozach i sowchozach, o hodowli zwierząt, o nowoczesnych kombajnach, które nie tylko zbierają na polu zboże, ale zaraz przetwarzają je na mąkę. Na fotografiach uśmiechnięte ze szczęścia twarze kołchoźników, inne fotografie i artykuły z życia pionierów i komsomolców, portrety sokołów rewolucji Stalina i Lenina. Następnie artykuły z działalności teatru we Lwowie, artykuły Wandy Wasilewskiej o niedoli robotników i chłopów pod panowaniem jaśnie panów i kapitalistycznym jarzmem, fotografie walących się domów wiejskich pod strzechą. Wśród zamieszczonych wierszy, jedyny piękny jako rodzynek znalazłem wiersz Marii Konopnickiej pt. "Wolny najmita", którego fragment przytaczam z pamięci:
    Wąską ścieżyną, co wije się wstęgą
    Między polami jęczmienia i żyta,
    Szedł blady, nędzny, odziany siermięgą,
    Wolny najmita.
    Wolny, bo jego ostatni sierota,
    Co z głodu opuchł na wiosnę, nie żyje...
    Pies nawet stary pozostał u płota
    I z cicha wyje...
         Inne artykuły to wspomnienia klasy robotniczej o życiu i rewolucyjnej walce. Prawie w każdej gazecie były artykuły o Leninie i jego fotografie.
         Była już pełnia lata, lipiec, przeżywaliśmy ciężki czas sowieckiego terroru .nikt wtedy nie mógł wiedzieć, że w dalekim Berlinie Hitler nakazał swoim generałom opracowanie ataku na Soviet Union, jak nazywali Niemcy Rosję sowiecką. Po wielkich zwycięstwach wojsk hitlerowskich na wiosnę w Europie Zachodniej Sowieci oraz Żydzi w Lubaczowie wyraźnie posmutnieli. Widać było na co dzień, że zmniejszyli swoją agresywność, jaką przejawiali do nas od początku.
         Kino, które zostało zabrane jego właścicielowi Markiewiczowi cały czas było czynne. Operatorami byli Jan Emerle i Włodzimierz Potuczko, tam do nich lubiłem chodzić ze względu na aparaturę, która mnie interesowała. Do sali kinowej nie wchodziłem, gdyż był tam wielki zaduch od cebuli. W filmach, które wyświetlano przeważała czysta propaganda polityczna. Najwięcej wyświetlanych było filmów o rewolucji, np. "Aurora", "Lenin w Smolnym", "Oktiabr", "Pierwaja konna" - Budionnego, "Jakow Swierdłow", "Aleksander Newski" - o walce z Mongołami, "Suworow" - na którym przedstawiony jest ten carski satrapa idący przed wojskiem z okrzykiem: Sława! Sława! Warszawa!, po słynnej rzezi Pragi w Warszawie, gdzie Moskale wymordowali w przeciągu tygodnia dziesięć tysięcy kobiet, dzieci i starców. Nie brakowało też filmów o NKWD wyłapujących imperialistycznych szpiegów, którzy udając, że łowią ryby nad rzeką, w rzeczywistości śledzą komunistyczne państwo. Po tym filmie nie było widać, aby ktoś u nas łowił ryby. Inny film - szpieg zmęczony szpiegowaniem usiadł na ławce w parku i usnął, kiedy się obudził, siedziało już obok niego z obu stron dwóch enkawudzistów. Tak wiec niebezpiecznie było siadać na ławce w parku. Wyświetlany był też film o Puszkinie i wiele, wiele innych. Sala kina wykorzystywana była zawsze na organizowanie mitingów, na których podawane były do wiadomości mieszkańców różne zarządzenia sowieckich władz. Na zakończenie każdego mitingu organizatorzy pytali: Kto ma jakieś pytania, czy są jakieś niejasności, wątpliwości czy pretensje? To był haczyk na naiwnych. Roztropni nigdy nie zgłaszali wątpliwości, bo tych pytających zaraz pytali: Kak wasza familia? Nazwiska oczywiście zapisywali.
         Po wywiezieniu piekarza Białozorskiego w całym budynku zainstalowana została poczta, piekarni już nie było. Urzędniczkami były Żydówki, a na podwórzu poczty żołnierz trzymał stale wartę. Nieopatrzne napisanie listu do tej części, która była pod okupacją niemiecką było fatalne w skutkach. Tak stało się z lekarzem Marianem Zającem, którego dom Stał w tym miejscu, gdzie obecnie jest Biblioteka Miejska. Lekarz napisał list do swoich krewnych do Cieszanowa. Nie wiadomo, co było treścią tego listu, wiadomo tylko, że każdy list był na poczcie otwierany i czytany, zwłaszcza na tzw. "zagranicę". Zwykle przed aresztowaniem NKWD śledził podejrzanego, chodziło o uzyskanie dodatkowych dowodów na ewentualnie wrogie kontakty. Lekarz Zając nie miał jednego oka, które stracił w pociągu, gdy jakiś pastuch rzucił kamieniem w szybę okna. Na miejsce straconego oka miał sztuczne, szklane. Brak jednego oka stwarzał sytuację, że musiał inaczej się zachowywać i poruszać, co mogło być dodatkowym elementem działającym na jego niekorzyść. Został aresztowany i wywieziony do więzienia we Lwowie. Żona jego, w lipcu 1941 r. po wkroczeniu Niemców do Lwowa, znalazła swego męża wśród rozstrzelanych na dziedzińcu więzienia Brygidek, po wojnie mieszkała w Krakowie. NKWD stale rozpatrywał kto ma krewnych za granicą u "Giermańca". Takich przypadków z listami było więcej. Tak kończyło się pisanie listów za granicę. Na temat NKWD krążyła ogólnie znana dykteryjka: Jechał kołchoźnik pociągiem i palił fajkę, kiedy usnął fajka wypadła mu ust i wpadła za kożuch. Chłop się zbudził, nie ma fajki, zrobił więc alarm, że ukradli mu fajkę. Milicja aresztowała wszystkich będących w przedziale, razem z tym chłopem. Kiedy chłop przyszedł do domu i zdjął kożuch, znalazł fajkę. Na drugi dzień idzie na NKWD i mówi, że fajka się znalazła, żeby tych aresztowanych wypuścili. Na to funkcjonariusz NKWD mówi, że jest to już niemożliwe. Chłop zdziwiony pyta dlaczego? W odpowiedzi dowiedział się, że ci wszyscy, co zostali aresztowani za fajkę, już przyznali się do kradzieży!
         Żony komandirów, mieszkające z dziećmi prawie w każdym domu, po dłuższym wspólnym mieszkaniu, gospodarowaniu i wyłudzaniu żywności od swoich gospodarzy, pomału w chwilach szczerości i zapomnienia zaczęły opowiadać w największej tajemnicy, żeby się "muż" nie dowiedział, co się działo w Sowietach w latach 1937-38, ile tysięcy najlepszych swoich oficerów Stalin kazał aresztować i rozstrzelać, nawet najwyższych rangą oficerów i dowódców wojskowych, wszyscy to "szpiony, wrednyj socjalnyj element". Ludzie żyją tylko w ciągłym strachu. Dalej mówiły, że z końcem lat dwudziestych, ileś tam milionów ludzi umarło z głodu, a w więzieniach i łagrach siedzi miliony niewinnych. Przyjechały tutaj jak do prawdziwego raju, mogą kupić dużo rzeczy, których w Rosji nie ma dla przeciętnego obywatela, tylko dla partyjnych, a za jakieś nieopatrznie wypowiedziane słowa krytyki dostaje się 10 lat łagru, z którego najczęściej już się nie wraca. Te wszystkie opowiadania sowieckich kobiet jeszcze bardziej nas pogrążyły i przygnębiły, bo jaka będzie nasza przyszłość, jeśli oni tak robią ze swoimi. Przyszłość rysowała się czarno i znikąd nadziei.
         W każdy tzw. prazdnyk Sowieci schodzili się, pili wódkę i palili papierosy, tj. machorkę skręconą w udartej gazecie. Smród był okropny od tego palenia. Często, jak się popili, oprócz swoich wojskowych piosenek śpiewali również kuplety o niecenzuralnej treści np.: "Za maskowskoju kantoru prodajotsia kubasa, a raboczyje z gołodu rwut na ż... wołosa" i wiele innych o bardziej wulgarnej treści. Często grali na bałałajkach, trójkątnym instrumencie, który posiada trzy pary strun. Trzeba też przyznać, że byli bardzo muzykalni i pięknie grali na tych instrumentach. Najczęściej śpiewali piosenki wojskowe, jak: "Try tankisty", "Taczanka" i inne, miały one niezaprzeczalny swój urok. Dla przykładu podaję treść pieśni "Taczanka" oraz jej zapis nutowy:

    I.

    Lećże ptaku w lasy głębiej,
    Umknij zwierzu z drogi nam,
    Tu taczanka wroga pędzi
    Tu taczanka wroga gna.
    II.
    W bystrym pędzie bije z lotu,
    Śmiało idzie w gęsty bój,
    Zagrzechoczesz z pulomiotu
    Bojowniku młody mój.
    III.
    Gdzieś za Wołgą, gdzieś za Donem
    Hej, po stepie tętni cwał,
    Ogorzały, zakurzony
    Pulomiotczyk młody gnał.
    IV.
    Mknie taczanka, któż ją wstrzyma,
    Mknie za końską grzywą w trop.
    Grzywa wichru, grzywa dymu,
    Grzywa burzy ognia snop.
    Po każdej zwrotce był refren:
    Hej taczanka rostowianka, twoja piękność oczy rwie,
    Konnej armii tyś kochanka, cztery wichry koła twe.
         Była to piosenka wojskowa, którą Sowieci najczęściej śpiewali, a podczas tego śpiewania oczy błyszczały im złowrogo. Śpiewana była również piosenka o wojnie, która ma nastąpić: "Jeśli zawtra wajna, jeśli zawtra pachod...". Ta właśnie piosenka budziła naszą nadzieję na jakąś zmianę, na ratunek przed straszną Syberią. Wszystkie te melodie do dziś pamiętam. Przy tym śpiewaniu, jeśli to był prazdnyk, pili tylko stakanami, kieliszki nie istniały.
         Na święto kościelne Bożego Ciała ksiądz miał pozwolenie tylko na procesję dookoła kościoła. Wtedy podeszło ich wielu do żelaznej bramy, jaka oddzielała kościelny cmentarz od ulicy, śmiali się z całej ceremonii, pokazywali palcami i głośno wypowiadali swoje uwagi: Ot duraki. W ramach ateizacji w szkole i wszędzie mówili, że Boga wymyślili ludzie na własny użytek, aby z tego czerpać korzyści. Żydzi natomiast mówili: Jakie to goje głupie, z naszego Żyda zrobili Boga.
         Konfidenci, gdzie tylko mogli zaczepiali małe dzieci na ulicy, dawali im cukierki, które mieli specjalnie do tego celu i wypytywali: Co robi tato, co robi mama, czy oni mówią w domu coś na sąsiadów, a może na Stalina? To była wyjątkowo groźna sytuacja, bo dziecko małe, np. 6-letnie mogło się skusić na cukier, nie mając pojęcia do czego służą te pytania. Tak więc niebezpieczeństwo czyhało na każdym kroku.
         Było to już w drugiej połowie sierpnia, kiedy posiadający wozy, w ramach tzw. szarwarku zostali zmuszeni do transportu z wagonów kolejowych cementu w workach i stali zbrojeniowej do różnych miejsc poza miastem. Do tych czynności zostali wciągnięci również ludzie z okolicznych wsi. Później przyjechało koleją bardzo dużo młodych cywili, którzy po wyjściu z pociągu koczowali na stacji około dwóch dni ze swoimi drewnianymi, małymi kuferkami. Byli to Rosjanie. Nikt początkowo nie wiedział, co to oznacza i kim są ci ludzie. Chodziłem na stację obserwować, czy nie stoją wagony z kominkami, widziałem ich i słyszałem jak klną po rusku. Później gdzieś zniknęli ze stacji kolejowej. Po pewnym czasie dowiedzieliśmy się od ludzi przychodzących ze wsi, że wojsko i jacyś ludzie cywile kopią okopy w terenie, niedaleko od granicy w różnych miejscowościach. Wiadomość ta zelektryzowała wszystkich, były to pierwsze symptomy czegoś nowego, co mogło budzić nadzieję - skutki niemieckich zwycięstw na wiosnę tego roku. Cement i żelazo do zbrojenia były potrzebne do budowania schronów bojowych zwanych po niemiecku bunkrami. Można było zauważyć, że po ulicach od czasu do czasu jeździło czarne, duże osobowe auto, w którym siedzieli i wojskowi, i cywile. Jak dowiedzieliśmy się później, to tajemnicze auto jeździło po tych wszystkich miejscach, gdzie trwały prace ziemne pod budowę bunkrów. Wyładunek na stacji z wagonów pilnowany był przez żołnierzy, a także stały warty wszędzie tam, gdzie trwały budowy.
         Na początku września, kiedy rozpoczęła się już nauka w szkole, któregoś dnia strażnik miejski bił w bęben i nakazał obowiązkową obecność przynajmniej jednej osoby z każdego domu na mitingu. Ogłosił, że będzie sprawdzana obecność, miting ma się odbyć w kinie. Podczas mitingu w kinie pod ekranem na kilku krzesłach usiedli: jeden milicjant, jeden wojskowy i trzech cywili. Inni milicjanci chodzili koło kina. Jeden z cywilów wstał i piskliwym głosem zaczął krzyczeć, że nie wolno zalegać z podatkiem, że cały kontyngent ma być oddany w terminie, że to bardzo jest pilne, że kto będzie się uchylał od szarwarku pójdzie do tiurmy, że będzie przegląd koni. Dalej krzyczał, że nie wolno mieć obcej waluty, dolarów, radia, a jeżeli ktoś ma, musi zaraz oddać na milicji, wtedy dostanie poświadczenie, że oddał. Biada kułakom i spekulantom. Księża szerzą z ambon burżuazyjną propagandę, wiemy kto chodzi do kościoła i tego słucha, klasa robotnicza da odpór tym wrogom socjalizmu, a Stalin jest nauczycielem narodów i prowadzi nas do zwycięstwa i świetlanej przyszłości, choć Lenin umarł, ale jest z nami itp. Na zakończenie krzyknął: Proletariusze wszystkich narodów łączcie się. Na wszystkie mitingi chodziła moja matka, a ja zawsze towarzyszyłem jej. W stosunku do poprzednich mitingów ten był bardziej nerwowy, inny.
         W szkole w ramach kółka plastycznego chodziliśmy rysować i malować z naszym nauczycielem Iwanem Żukiem. Chcieliśmy bardzo malować stary spichlerz jako budynek zabytkowy i malowniczy, ale nie można było tego uczynić, ponieważ w spichlerzu był magazyn wojskowy, którego pilnował żołnierz-wartownik. Tym bardziej nie można było malować budynku na wzgórzu, "winkla" lubaczowskiego zamku, ponieważ cały ten teren zajęło wojsko, od strony rzeki wykopane były okopy, postawione zasieki, a w parku zamkowym stały pod drzewami wojskowe auta, można to było tylko widzieć z pewnej odległości. Poszliśmy więc malować młyn, ale pod młynem też stał żołnierz na warcie, gdyż w młynie była elektrownia.
         W dniu 17 września, w pierwszą rocznicę wkroczenia Armii Czerwonej na nasze tereny, odbyło się uroczyste odsłonięcie pomnika Lenina. Pomnik był kilkumetrowej wysokości, stał na skraju obecnego parku, od północnej strony rynku. Na tę uroczystość spędzona została cała młodzież szkolna i dużo ludzi. Byli też wojskowi, milicja, były przemówienia i czerwone sztandary. Orkiestra wojskowa odegrała "Międzynarodówkę". Znowu było niebezpiecznie, bo smarkateria szkolna śmiała się poza plecami. Lenin wskazywał ręką wschód, dlatego też złośliwi mówili, że pokazuje kierunek, którędy będą uciekać Sowieci. Wszystkie kwiaty spod pomnika ktoś chyba w nocy zabrał i zaniósł na cmentarz. Pomnik stał tylko dziewięć miesięcy. Kiedy w 1941 roku Niemcy zajęli miasto, urządzili sobie zabawę w strzelaniu do pomnika. Na drugi dzień Żydzi pod nadzorem Niemców cały pomnik zburzyli i tak leżał w kawałkach kilka dni. Potem miejsce to zostało uprzątnięte. W "Czerwonym Sztandarze" była nawet fotografia pomnika Lenina w Lubaczowie.
         W tym czasie dostałem pracę w kinie, zajmowałem się malowaniem dla kina reklam, tj. dużych tablic, na których był tytuł oraz jakiś motyw z filmu, jak obecnie na plakatach kinowych. Biuro, które zawiadywało kinem nazywało się "Miż?Raj?Widił". Co tydzień była zmiana programu filmowego. Jako pierwszą reklamę kinową namalowałem reklamę do filmu "Czapajew" -wojaka z karabinem maszynowym, odpowiednio do treści filmu, jak komandir Czapajew gromił białogwardzistów. Plansze z reklamą wieszane były w kilku punktach miasta, tu gdzie obecnie stoi pomnik, w rynku, przy stacji kolejowej, koło obecnego sądu, na ul. Młyńskiej. Za to malowanie dostawałem z kina 90 rubli.
         Przy końcu września sąsiad Żyd powiedział do dziadka: To nie jest dobrze, bo Hitler zawarł pakt wojskowy z Japonią i Włochami, po co im taki pakt, oni coś szykują. Ci Sowieci, którzy mieszkali w naszym domu, przy spotkaniach z nami zaczęli pierwsi nas pozdrawiać, co budziło nasze zdziwienie. Któregoś dnia ktoś na tablicy napisał dużymi literami CCCP, a pod spodem: cep, cepa, cepem pogania. Były z tego duże nieprzyjemności grożące poważnymi konsekwencjami, z których młodzież szkolna nie zdawała sobie sprawy.
         W jesieni dowiedzieliśmy się od znajomych, że toczy się wielka bitwa powietrzna między lotnictwem niemieckim a angielskim, że Niemcy bardzo oberwali do Anglików (to była słynna bitwa o Anglię). Druga to była już zła wiadomość o bitwie na Atlantyku, w której niemieckie łodzie podwodne zadały duże straty Anglikom.
         Z początkiem listopada rozeszła się wiadomość, którą oficjalnie podała gazeta "Prawda", że imperialistyczne Włochy - Italiańcy napadli na małą Grecję. Tak więc rośnie napięcie w Europie, to dobrze dla nas, że coś się dzieje, że jest jeszcze nadzieja na jakąś większą wojnę, która zmieni naszą tragiczną sytuację. To dziwna sprawa, teraz w wojnie była nadzieja. Największa sensacja teraz dopiero nastąpiła, kiedy gazeta "Prawda" doniosła oficjalnie, że zaraz po uroczystościach Wielkiej Rewolucji Październikowej minister Mołotow pojechał do Berlina do Hitlera, a dlaczego nie odwrotnie - minister niemiecki do Moskwy. Starszyzna żydowska w kabale dobrze przestudiowała ten komunikat i wysnuła właściwe wnioski, bo Żydzi mówili: Oj, coś jest niedobrze. Następnie robili swoje "tfu, tfu, tfu", trzy razy w jedną i na drugą stronę. Tak zawsze czynili, gdy było coś złego, w ten sposób chcieli odpędzić od siebie nieszczęście. Innym razem rzucali słowa: "A pech mu było" z trzykrotnym popluwaniem. Tak też mówili "A pech mu było" przy słowie Hitler. Natomiast Sowietki nie wymawiały Hitler, tylko Gitler i były zdziwione, jak się je poprawiało.
         Jeszcze w czerwcu, na zakończenie roku szkolnego, w pozostawionym na stole dzienniku lekcyjnym zobaczyliśmy, że dużo nazwisk naszych kolegów i koleżanek zostało wykreślonych grubą kreską atramentu. To byli ci wszyscy, którzy w barbarzyński sposób zostali wywiezieni do Rosji.
         Rolnicy zagrożeni byli utratą własności i włączenia siłą do kołchozu. Agitacja w tej sprawie oraz spis gospodarstw rolnych przeprowadzone były jeszcze w jesieni 1939 roku. Również wszystkie budynki, które miały większą powierzchnie zabierane były na cele państwowe. Na tej zasadzie zabrali dom adwokata Stiglitza dla NKWD, jak i inne budynki do swoich celów. W całym mieście były tylko dwa sklepy żywnościowe, do których zawsze dobijał się tłum ludzi, bez żadnej kolejki, a kto dostał się na siłę do środka, coś tam mógł kupić, ale w ograniczonych ilościach. Wokół studni i na całym placu rynkowym stały przed wojną wozy ludzi przyjeżdżających ze wsi i odbywał się tam handel. Dopiero z okazji postawienia pomnika Lenina założony został tam park, posadzono drzewka, wytyczono alejki i postawiono kilka ławek.
         Przez cały ten zły rok, mimo wszystkich przeciwności i niepokoju, po nauce w szkole i pracy w domu, starałem się rysować i malować we własnym zakresie. Do dnia dzisiejszego posiadam jeszcze niektóre z tych prac. Ludzie, którzy przychodzili do nas ze wsi mówili, że przed zimą przerwane zostały prace przy budowie tzw. okreplenii, w terenie daleko od miasta do pilnowania tych obiektów pozostały tylko straże w ziemiankach.
         Zima rozpoczęła się wcześnie dużym śniegiem i mrozem już w listopadzie, jak poprzednia w ubiegłym roku. Była noc z 21 na 22 grudnia, gdy usłyszeliśmy bicie kolbą karabinu do naszych drzwi. Było już po północy. Ja nie wstawałem wtedy z łóżka, tylko dziadkowie otworzyli drzwi. Do mieszkania wpadli wysokiego wzrostu pogranicznicy z karabinami, w długich białych kożuchach i czapach futrzanych, tzw. Papachach. Pogranicznicy byli specjalnym oddziałem NKWD. Świecili latarkami, zaglądali pod łóżka, do szaf, z mego łóżka ściągnęli kołdrę, czy przypadkowo ktoś nie ukrywa się pod nią "izmiennik rodiny". Takie kontrole robili też po innych domach. Od sąsiadów Żydów dowiedzieliśmy się później, ze cały nasz dom obstawiony był przez tych pograniczników z psem. To nocne najście było dla nas ciężkim przeżyciem.
         Kończył się 1940 rok, który był rokiem bardzo ważnym pod względem dalszych losów II wojny światowej, a zarazem ważnym dla nas samych. Przyszłość nasza malowała się na czarno z tymi czubarykami, jak ich nazywali ludzie ze względu na czapki z charakterystycznymi czubami. W każdym z nas tkwiła jak drzazga pamięć o mogącym każdego dnia nastąpić nowym wywozie, wisiało to nad nami cały czas i odbierało spokój. Wszystkie podane przez mnie odczucia były identyczne, jak pozostałych ludzi w mieście. Pamiętaliśmy, jak sami Sowieci komentowali deportacje słowami: "Prywykniesz, a nie prywykniesz to padochniesz".
         Bilans 1940 roku dla Lubaczowa to cztery deportacje i aresztowanie wielu ludzi, nie sposób podawać jakichś liczb, gdyż wszystko szło w setki i tysiące, a za tymi liczbami występowali ludzie i ich wielka tragedia życiowa. Najgorsze to, że nie było żadnej możliwości ucieczki przed wywozem. System policyjny doprowadzony był do granic możliwości. Wszędzie była kontrola wszystkiego i wszystkich, dokumenty, paszporty, przepustki. Konfidenci na każdym kroku, donosicielstwo, judzenie jednych na drugich. Sami Sowieci mówili, że myśmy przyszli z daleka i nie wiemy kto jest kim, to sami wasi ludzie tak donoszą jeden na drugiego.
         Czapka z czerwonym otokiem i niebieskim denkiem u góry była symbolem strachu i nieszczęścia. Pamiętam jakby to było wczoraj. Na drugi dzień, po tym nocnym najściu pograniczników, poszedłem bez celu na ulicę, do rynku, śnieg padał dużymi płatami, a ja tak chodziłem i chodziłem... zgnębiony. Dopiero po latach z książek dowiedziałem się, że właśnie w tym czasie mojego przygnębienia, w dalekim wrogim Berlinie, Hitler podpisał dyrektywę nr 21 - plan "Barbarossa" - plan ataku na Soviet Union. Tak zakończył się smutny rok 1940 w Lubaczowie.

    Część pierwsza i druga | Część trzecia | Część czwarta

    <:: Powrót

    Do góry Wszystkie prawa zastrzeżone. All rights reserved © 2001-2007
    .